• Wpisów:215
  • Średnio co: 8 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 20:47
  • Licznik odwiedzin:21 137 / 1790 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Rozdział I

Piętnaście lat później...


Gildar potarł zmęczone oczy. Długotrwała jazda konna powoli zaczęła dawać mu się we znaki, zwłaszcza w tak nieprzyjemną pogodę. Zima, która w tym roku nawiedziła Nox nie była najłaskawsza, a on miał już swoje lata. Trzydzieści pięć lat służby to niemało, był jednym z nielicznych którym udało się dożyć wieku pięćdziesięciu sześciu lat, będąc cały czas narażonym na ataki ze strony smoków. Przez ostatnie lata nabawił się wielu blizn, które zmuszały go do zastanowienia się czy nie warto byłoby odejść już ze służby. Każdy łowca musiał pracować minimum dwadzieścia pięć lat, a potem mógł cieszyć się pełną swobodą i rodzinnym domem. Jednak on lubił tą pracę i ciepłe słowa ludzi, którzy wdzięczni mu byli za okazaną pomoc. Dla takich chwil był gotowy narażać się na śmierć.
Spojrzał na jadącego koło niego młodego mężczyznę. Jego syn tak szybko dorósł. Z małego energicznego dzieciaka przeistoczył się w inteligentnego wojownika, który mógł mu już towarzyszyć na wyprawach.
- Nareszcie w domu - westchnął na głos, a Gabriel uśmiechnął się pod nosem.
- Mama pewnie już na nas czeka - rzucił lekko - Mam nadzieję, że ugotowała coś dobrego.
- Oby, te mierne racje źle wpływają na moje zdrowie - Gildar skinął głową.
W oddali widać było już zarysy budynków, nad którymi górował zamek łowców.
- Witamy w domu - Arthur machnął ręką na przyjaciela i uśmiechnął. Wszyscy byli w wyśmienitych nastrojach mogąc wreszcie wrócić do swych rodzin i choć chwilę odpocząć.
- Dom - Gildar posmakował tego słowa - Nareszcie.

- Jasmino, obudź tego śpiocha, bo nie daję sobie rady! - rozpaczliwy wręcz krzyk rozległ się w całym domu.
Megumi zacisnęła ręce na pościeli i nakryła głowę, chcąc uchronić się przed hałasem.
Jednak stukot kroków osoby, która wbiegała po schodach wprawił ją niemal w przerażenie.
- Pobudka! - dziarski głos sprawił, że dziewczyna zwinęła się w kłębek chroniąc pod miękką pierzyną. Jednak to na niewiele się zdało. Napastniczka złapała kołdrę i silnym szarpnięciem ściągnęła z łóżka.
- Doprawdy zachowujesz się jak dziecko - wysoka blada dziewczyna spojrzała z dezaprobatą na rozczochrane wymięte stworzenie próbujące zasłonić oczy przed słońcem wpadającym przez duże okno.
- Mino, proszę - Megumi spojrzała błagalnie na swą siostrę. Oczy kleiły się jej i wciąż była zmęczona. Jedyne o czym marzyła to znowu zanurzyć się w sennych marzeniach.
- Jest już południe - posągowa piękność miała zabójczy wzrok - Nie zapomniałaś chyba, że dziś wraca tata i Gabe?
Dziewczyna usiadła na łóżku.
- Nie, nie zapomniałam - mruknęła ponuro - Nie czuję się dość dobrze, żeby spotkać się z nimi. Zostanę dziś w pokoju.
Jasmina usiadła na pościeli obok niej.
- I co? Masz zamiar siedzieć tu dopóki nie znikną wszystkie ślady? - musnęła dłonią spuchniętą wargę siostry - Jesteś tchórzem.
- Wcale nie. Nie chcę tylko by tata się martwił. Powinien widzieć dziś same uśmiechnięte twarze - Megumi przycisnęła dłoń do obolałej twarzy -A ja nawet nie mogę wykrzywić ust.
- Obwiniać możesz o to samą siebie. Wstawaj już i ogarnij się choć trochę. Nic nie sprawi tacie większej przykrości niż ignorancja jego dziecka.
- Nie jestem jego dzieckiem - Megumi wykrzywiła się i natychmiast tego pożałowała, gdyż twarz zaczęła pulsować bólem - Idź już. Powiedz mamie, że zaraz zejdę.
Jasmina wstała z gracją i nie mówiąc już ani słowa wyszła. Widać było w jej oczach, że nie może znieść widoku swojej adoptowanej siostry w taki stanie.
Gdy zamknęła za sobą drzwi Megumi niechętnie zwlekła się z łóżka.
- O ja… - skrzywiła się, gdy jej plecy odmówiły posłuszeństwa i nie mogła się wyprostować. Zgarbiona jak stara baba poczłapała do toalety i zaciskając zęby wyprostowała się, choć kręgi trzasnęły złowróżbnie. Rozciągnęła się powoli oceniając skalę obrażeń ciała. Nie było najgorzej… Przynajmniej, dopóki nie spojrzała w lustro.
Z zwierciadła wychynął zdziwiony maszkaron patrząc krzywo na nią. Brązowe krótkie włosy zmieniły się w wronie gniazdo odsłaniając poobijane oblicze. Jedno oko ginęło pod sporą opuchlizną, która ładnie przechodziła w ciemnofioletowy siniec, a drugie wyzierało się z opalonej twarzy lśniąc jak błękitny kryształ. Kącik ust był również napuchnięty, a dolna warga rozcięta.
- Cudnie - mruknęła i próbowała się uśmiechnąć. Nie udało się jej to, gdyż jeden kącik ust w ogóle nie drgnął - Głupia idiotka - dźgnęła palcem taflę szkła jakby miało to poprawić jej wygląd.
Czuła się okropnie wiedząc, że nie ominie jej pełen zawodu wzrok Gildara. Za każdym razem, kiedy coś takiego się jej zdarzało ogarniały ją ponure myśli. Miała wrażenie, że nie spełnia wymagań, że nie jest taka jaka powinna być. Kiedy była mała za każdym razem płakała bojąc się, że jednak łowca wyrzuci ją z domu, nie chcąc mieć do czynienia z złym dzieckiem. Wiecznie ciągnące się za nią poczucie winy nie pozwalało jej cieszyć się z faktu, że w prezencie od losu dostała tak wspaniałą rodzinę. Kochana Charlotta traktowała ją jak swoją córkę, a jej mąż zawsze patrzył na nią z tkliwością jakby widział w niej coś, czego sama nie dostrzegała. Gabriel bywał złośliwy i uszczypliwy, jednak mimo wszystko nie odrzucił jej, podobnie jak Mina, która urodziła się niedługo po tym jak małżeństwo przygarnęło ją do siebie.
- Głupia - wymamrotała spoglądając na swe marne oblicze. Nie była tak piękna jak jej siostra, a na dodatek jej twarz szpeciła blizna ciągnąca się od łuku brwiowego, aż do policzka. Ślad zostawiony przez smoka.
Z użalania się nad sobą wyrwało ją bicie dzwonów. Łowcy wracali do miasta.
- O nie - jęknęła dziewczyna czując mdłości. Szybko wybiegła z łazienki i w pośpiechu zrzuciła z siebie nocną koszulę zastępując ją zwykłymi spodniami wiązanymi na kostce i za dużą bluzką. W pospiechu złapała grzebień i zaczęła siłą rozplątywać potworny gąszcz na głowie. W połowie jednak się poddała i wybiegła ze swojego pokoju niemal zeskakując z połowy schodów.
Charlotta spojrzała na nią i uniosła brew nie przerywając siekania marchewki.
- Wiem - Megumi pocałowała policzek kobiety nie mogąc znaleźć słów, by przeprosić ją za swój stan.
- Kotku, masz już dziewiętnaście lat, dlaczego postępujesz wciąż tak jakbyś miała ich dziewięć?
- Wybacz - dziewczyna pochyliła głowę - Mogę w czymś pomóc?
- Nie trzeba. Uwinęłam się ze wszystkim razem z Miną, kiedy spałaś - w jej głosie nie było słychać zawodu, ani wyrzutów. Tylko smutek, który kaleczył serce.
- Nie przejmuj się. Niedługo się mnie pozbędziesz, jak tylko zdam test będę pomagać tacie i Gabe'owi.
Pięść matki trzasnęła o stół z zadziwiającą siłą.
- Nie mów tego tak jakbyś chciała iść prosto na śmierć z uśmiechem. Myślisz jak się czuję wiedząc, że i ty będziesz narażona na niebezpieczeństwo? Mało się martwię? Każdego dnia się modlę by Gildar i Gabriel byli bezpieczni. Teraz ty wbijasz mi nóż w plecy, dlaczego?
- Doskonale wiesz - odparła cicho dziewczyna, a jej dłoń zawędrowała znowu do blizny na twarzy - Widziałam jego obrzydliwy pysk, wciąż śni mi się po nocach. Nie będę żyć normalnie dopóki wiem, że ten smok żyje. Chcę by zginął z mojej ręki.
Charlie pobladła gwałtownie słysząc te słowa.
- Nawet tak nie mów. Nie chcę byś walczyła z tymi bestiami.
- Nie powstrzymasz mnie - Megumi splotła ręce na piersi - Będę zabijać smoki, nawet jeśli łowcy mnie nie przyjmą. Nie po to tata uczył mnie walczyć, bym teraz czekała, aż te potwory przyjdą i tu. Nie chcę być bezbronna i patrzeć na śmierć osób, które kocham. Znowu.
Kobieta nie odezwała się już. Długie kasztanowe włosy zasłoniły jej piękną twarz, której nie imał czas.
Przyszła łowczyni usiadła na krześle i zaczęła wybijać nogą rytm.
- Gdzie Jasmina? - dopiero po chwili zauważyła brak siostry.
- Poszła po tatę i Gabriela. Miała zamiar wziąć cię ze sobą, ale jak cię obudziła to zmieniła zdanie. Całkiem słusznie. Wyglądasz jak ulicznica.
- Auć! To bolało - Megumi spojrzała na kobietę z wyrzutem - Nie musisz mi przypominać jak wyglądam. Wystarczy, że cały świat kpi sobie ze mnie.
- Czy ty aby nie zaczynasz użalać się nad sobą? - Charlie posłała jej lekki uśmiech.
- Nie, skądże znowu - dziewczyna spojrzała na nią zdziwiona - A zabrzmiało tak?
- Jak zawsze - ich dyskusje przerwał wesoły głos dobiegający od drzwi wejściowych.
- Zgadnijcie kto wrócił? - zawołała śpiewnie Jasmine.
Charlotta wstała gwałtownie i wybiegła, a z jej piersi wydobył się szloch ulgi.
- Tak się bałam - Megumi doskonale słyszała wymianę zdań, jednak nie wstała. Strach ścisnął jej serce i unieruchomił kończyny.
"I ty chcesz zabijać smoki" zakpiła z samej siebie "Bojąc się własnego ojca"
- Gdzie jest Meg? Znowu się włóczy po mieście? - Gildar odezwał się dość głośno, by dziewczyna go dobrze usłyszała.
- Nie jest w domu - odparła spokojnie Mina - Megumi, może byś przyszła i przywitała się?
"Nie bądź tchórzem, nie bądź tchórzem, nie bądź tchórzem"
Z ciężkim westchnieniem poczłapała za powitanie.
Spojrzenie jakim obdarzył ją Gildar mówiło samo za siebie.
- Cześć, tato - mruknęła pod nosem, faktycznie czując się jak zawstydzona dziewięciolatka - Cieszę się, że wróciliście do domu.
Łowca przeczesał siwiejące włosy. Jego poorana zmarszczkami twarz nagle rozpromieniła się w uśmiechu.
- Ilu ich było i czy oberwali bardziej niż ty? - wypalił.
- Trzech i chyba tak - odparła kompletnie nie rozumiejąc jego zachowania.
- Moja krew - poklepał ją po głowie, powodując nawrót bólu - oj, wybacz - rzucił przepraszająco widząc jej minę.
-Patrzcie kto się bił jak dzikus - Gabriel wszedł do domu i od razu skierował się w stronę swej młodszej siostry - Widzę, że nie zmieniłaś się ani odrobinę.
- Nie, proszę - jęknęła Megumi próbując się cofnąć, ale Gabe złapał ją i podrzucił do góry.
- Przytyłaś, wiesz? - wyszczerzył się złośliwie - Widzę, że jak nas nie było to tylko się obżerałaś.
- Wcale nie. To są mięśnie - podniosła ramię do góry by zaprezentować biceps.
- Błagam cię - jęknęła Charlotta chowając twarz w dłoniach, jednak obaj łowcy zaśmiali się głośno.
- Jesteście zmęczeni - Jasmina wkroczyła między nich - Obiad jest gotowy. Zjedzcie, a potem opowiecie, jak poszła wyprawa.
- Wspaniale. Umieram z głosu - Gabe od razu pobiegł do kuchni i zaczął przetrząsać garnki, Charlotta wraz z najmłodszą córką poszły zanim, by nie pochłonął wszystkiego naraz.
Megumi wciąż stała przy drzwiach naprzeciwko Gildara.
- Jesteś zły, prawda? - wykrztusiła w końcu.
Mężczyzna spojrzał na nią tym razem poważnym wzrokiem.
- Jest mi przykro, że nie posłuchałaś mnie. Obiecałaś, że nie będziesz walczyć z tymi chuliganami.
- Nie mogę znieść tych wyzwisk. Dla nich byłam i zawsze będę obcą dzikuską bez rodziny.
- To nieprawda. Nie powinnaś dawać się prowokować byle komu. Jeśli to dojdzie do uszu wyżej postawionych łowców nie masz co liczyć, że cię przyjmą. Smoki zabiłyby cię przy pierwszym ataku.
- Wiem, ale….
- Kiedy miałaś osiem lat - przerwał jej gwałtownie - kiedy poznałaś prawdę o łowcach i smokach powiedziałaś, że chcesz być taka jak ja i mi pomagać. Powiedziałaś, że ze względu na śmierć rodziców chcesz nauczyć się bronić. Wiesz co? Tamta mała dziewczynka brzmiała mądrzej od tej stojącej tu.
- Co mam zrobić? - szczera prawda bolała ją bardziej niż jakiekolwiek drwiny - Ja wciąż chcę ci pomagać.
- Chcesz się zemścić, a nie chronić bezbronnych ludzi - wypomniał jej surowo łowca - Wojownik, który troszczy się tylko o własne ego żyje i umiera samotnie. Możesz umieć walczyć, możesz być zdeterminowana i silna, ale jeśli za cel obierzesz tylko mordowanie nigdy nie będziesz szczęśliwa. A teraz wybacz jestem głodny, chciałbym odpocząć.
- Spróbuję - mruknęła pod nosem Megumi, a w jej oczach pojawiły się łzy - Jeśli ty tak mówisz dostosuję się do tego.
"Jednak zabiję tego smoka i nie powstrzymasz mnie przed tym Gildarze" dodała w myślach zaciskając pięści.

  • awatar Seiti: "umieram z głosu" :D Kolejne super opko się zapowiada.
  • awatar Zakira Luna: O rany, musiała mieć ciężkie dzieciństwo- wieczna niepewnosć, chęć w pasowania się w "tym powinnam być albo mnie wywala" zapowiada się ciekawie, lecę do następnego :)
  • awatar Kowalski, opcje!: dopiero teraz, bo miałam małe przepychanki z Pingerem, który odmówił współpracy. Nowa seria zapowiada się fantastycznie i magicznie. Kocham smoki.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Prolog

Gildar spojrzał w bezchmurne niebo. Krążące nad nim ptaki podążały w tym samym kierunku co on i jego towarzysze.
- Oj byleby taka pogoda towarzyszyła nam aż do Nox - westchnął głośno spoglądając na kolumnę koni i powozów, które spokojnie toczyły się po drodze.
- Bądź optymistą - jego przyjaciel zmrużył oczy - Niedługo będziemy na miejscu, nie martw się już tak.
- Mam się nie martwić? Z dnia na dzień przyszedł rozkaz, że wszyscy bez wyjątku mamy przeprowadzić się na drugi koniec kraju i to na rejon najbardziej narażony. Naprawdę dlaczego musiało to się stać akurat teraz? - jęknął - Powiedz mi, Arthur, dlaczego?
- Wiem, że martwisz się o żonę, ale nic jej nie będzie. Charlie to twarda kobieta, a my podróżujemy najdogodniejszym gościńcem. Nie stanie się krzywda ani jej, ani dziecku.
Gildar odwrócił się w stronę powozu, który jechał z tyłu. Żałował, że nie może siedzieć w nim razem z żoną i synem, ale w razie ataku musiał być gotowy do walki.
- Obyś miał rację - mruknął ponuro. Cała ta sytuacja najmniej mu się podobała. Z rozkazu króla zostali przeniesieni na czas nieokreślony w najdziksze i najbardziej zacofane tereny państwa, aby wesprzeć tutejszych łowców w walce z smokami, które z roku na rok robiły się coraz bardziej zuchwałe. Po drodze mijali spalone wsie i wymordowanych mieszkańców, których ciałami nikt się nie mógł zająć. Smoki pojawiały się, atakowały, a następnie znikały jak dym, pojawiając się dopiero przy następnych atakach. Walka z nimi była niczym taniec ze śmiercią, nawet wykwalifikowani zabójcy z trudem zabijali potwory. Liczba łowców malała, a smoki rosły w siłę. Cokolwiek planowały osiągnąć siejąc zamęt i strach szło im coraz lepiej.
- O rany - smętne zawodzenie zwróciło uwagę obu łowców.
- Nett, co się stało?
Młody łowca, dopiero początkujący spojrzał na nich przytępionym wzrokiem. Widać było, że w czasie jednego z postojów dobrał się do wina.
- Tęsknię za Lucindą - westchnął tęsknie - Moja piękna gołąbeczka.
- Opanuj się - jadąca obok niego kobieta spojrzała na niego jak na robaka - Znałeś ją ledwo tydzień i tak byś ją zaraz rzucił. Dziewczyna powinna się cieszyć, że nie dowiedziała się jaki jest z ciebie bawidamek .
- Ingrid zawsze jesteś taka surowa, nieczuła - w oczach Netta pojawiły się łzy - Zimna jak lód.
- Opanuj się chłopie - warknął Arthur - Bo jak nasz wielki mistrz cię zobaczy wylecisz na zbity pysk i tylko wstyd przyniesiesz swojemu ojcu.
- Hej, a to co? - chłopak na chwilę spojrzał trzeźwiejszym wzrokiem i wskazał ręką w stronę lasu.
Gildar odwrócił się pewny, że coś mu się przewidziało, jednak faktycznie ujrzał ciemne smugi unoszące się nad drzewami.
- Ognisko? - Ingrid podjechała bliżej i spojrzała na dym.
- Za dużo tego dymu jak na ognisko. To muszą być oni - Gildar szarpnął wodze konia i zatrzymał się - Coś dzieje się w lesie. Musimy zachować maksimum ostrożności.
- Gildarze! - łowczyni nie marnując czasu wyciągnęła z torby jedną z map - Trzy mile na północny zachód leży wioska. To tam płonie ogień.
- Cholera jasna - Arthur spojrzał pytająco na przyjaciela. Gildar był wyższej rangi niż on i w chwili, gdy wielki mistrz i jego ludzie byli daleko, musiał podjąć decyzję co robić.
Mężczyzna potarł w zamyśleniu brodę.
- Musimy to sprawdzić. Jeśli są tam smoki nie będziemy walczyć, ale damy znać byście usunęli się z drogi i ukryli.
- Ale wkraczając na te tereny zobowiązaliśmy się walczyć o każdego człowieka i chronić go od zła. Jeśli są tam smoki musimy się z nimi zmierzyć - Ingrid wypowiedziała to zdanie beznamiętnym tonem. Nic nie mogło wytrącić z równowagi tej zimnokrwistej kobiety.
- Nie myślisz rozsądnie. Są z nami małe dzieci i kobiety, które w przeciwieństwie do ciebie nie są wyszkolone. Nie mogę narażać naszych rodzin dla obcych ludzi. W tym wypadku jestem gotowy złamać przyrzeczenie.
- I za takie myślenie cię lubię, przyjacielu - Arthur klepnął go w ramie - Jadę z tobą.
- Ja też. Jesteście za głupi by dać sobie radę beze mnie - mruknęła łowczyni chowając mapę i sprawdzając ostrze - Nasza trójka wystarczy. Przekażę wiadomość innym - zawróciła.
- Powiedz żonie - dodała na odchodne.
Mężczyzna spochmurniał. Na pewno jej się to nie spodoba…
Jak przypuszczał Charlotta zbladła.
- Nie powinieneś się nadwyrężać, zwłaszcza kiedy nie wiesz, co to może być. Dopiero co wyleczyłeś ramię.
- Charlie nie martw się - Gildar pogłaskał rumiany policzek żony i spojrzał na jej zaokrąglone łono - Wrócę do was szybko.
- Mogę jechać z tobą? - dobiegł go błagalny głosik z kąta powozu. Łowca spojrzał na swojego siedmioletniego syna, który patrzył wielkimi błagalnymi oczami na niego.
- Gabrielu jesteś na to za młody - odparł z uśmiechem - Jak urośniesz to będziesz ze mną jeździł i polował - dodał widząc zawód w oczach chłopca.
- Nie podjudzaj go - Charlotta spojrzała ostro na męża - Wystarczy, że o ciebie się boję.
- Nie musisz. Niedługo będę z powrotem - pocałował policzek ukochanej zamknął drzwi powozu. Skinął na woźnicę by ruszał i sam wskoczył na wierzchowca.
Szybko odnalazł swoich towarzyszy i w milczeniu skierowali się w stronę dymu. Teraz każde słowo było zbyteczne, instynktownie wiedzieli co robić.
Dotarcie do wioski było kwestią chwili. Gildar nawet nie wiedział kiedy dym zaatakował jego nozdrza zabierając oddech. Zasłonił twarz rękawem i machnął ręką na pozostałą dwójkę by zsiedli z koni. Zostawili je pod osłoną drzew i zaczęli się skradać w stronę już dobrze widocznych domostw.
Nazwanie tego miejsca wioską było grubą przesadą. Stało tu tylko kilka niewielkich domków, które teraz pochłaniały żarłoczne płomienie.
Gildar zaczepił o coś nogą i spojrzał na ziemię.
- Nie - tylko tyle mógł z siebie wykrztusić. Tym o co się potknął była ręka młodej dziewczyny, która leżała na wznak z zaroślach. Jej martwe spojrzenie skierowane było w niebo. Nie zdążyła uciec.
- Poderżnęły jej gardło - szepnęła Ingrid - Biedna.
- Parszywe bestie - Arthur zacisnął pięści, a na jego twarzy pojawiła się wściekłość.
- Opanuj się - upomniał go towarzysz, choć sam czuł się podobnie. Był łowcą już od wielu lat, a wciąż widok bezsensownej śmierci wywoływał w nim tyle emocji.
- Czysto - kobieta wyszła zza drzew i ruszyła ku domom - Już ich nie ma od dawna.
- Jesteś pewna?
- Zdecydowanie. Podpalają siedziby na końcu, a te domy płoną od przynajmniej dwóch godzin. Odeszły.
- Hej - wrzasnął Arthur - Słyszy mnie ktoś?
Odpowiedział mu trzask ognia.
- Musimy sprawdzić i tak każdy dom. Może ktoś przeżył - Ingrid swoim zwyczajem ruszyła w stronę pierwszego budynku nie oglądając się na mężczyzn.
- Zwariowałaś? To może się w każdej chwili zawalić - Arthur chciał ją powstrzymać, ale łowczyni w jednej chwili wyciągnęła miecz i skierowała w jego stronę.
- Spróbuj mnie powstrzymać - syknęła i nie chowając broni zaczęła szukać żywych.
- Uznasz to za niesubordynację i zapiszesz to w sprawozdaniu? - mruknął Arthur odgarniając jasne włosy z czoła.
- Tak, wraz z naszymi imionami - odparł Gildar - Pomóżmy jej.
Zadanie było nieprzyjemne i wyczerpujące psychicznie. Patrzenie na ludzi, których śmierć zabrała przy codziennych zadaniach sprawiała ból. Tylu niewinnych ludzi zabitych niepotrzebnie.
Gildar zrezygnowany zajrzał do najmniej spalonego domu przez rozbite okno. Swąd spalenizny był mniej nieznośny niż w innych mieszkaniach. Łowca wyłamał ramy okienne i wszedł do środka. Domek był niewielki, dwuizbowy, ale schludny.
Łowca od razu dojrzał dwa ciała na podłodze. Młode małżeństwo leżące w kałuży krwi. Ich dłonie były złączone nawet po śmierci.
- Dlaczego losie karzesz tak niewinne dusze? - szepnął łowca. Niedługo i ten budynek stanie całkowicie w ogniu i stanie się grobem dla tych dwojga.
Cichy stukot z kąta pokoju sprawił, że mężczyzna poderwał się z mieczem w dłoni. Czyżby te bestie jednak tu były?
- Halo? Jest tu ktoś? - spytał głośno, jednak nie słysząc odpowiedzi uznał, że to tylko trzask ognia.
Już miał wyjść, gdy dobiegł go zduszony kaszel. Wytrzeszczył oczy i błyskawicznie opadł na podłogę zaglądając pod łóżko.
- Niemożliwe - mruknął widząc niewielkie ciałko zwinięte w kłębek - Dziewczynko, słyszysz mnie?
Jedno oko otworzyło się gwałtownie, a dziecko zawyło i gwałtownie przywarło do ściany patrząc przerażonym wzrokiem na łowcę. Świszczący oddech przerodził się w gwałtowny kaszel.
- Nie bój się. Pomogę ci - łowca wcisnął się pod mebel i złapał za ramię małą dziewczynkę.
Jej wrzask zagłuszył wszystko. Próbowała się wyrywać i drapała jego ręce, ale Gildar bezlitośnie szarpnął jej słabe ciałko i wywlekł spod łóżka.
- Mamo! - zawyła dziewczynka walcząc jak dzika, jednak bezskutecznie. Łowca chwycił ją w pasie i zarzucił na ramię nie zważając na protesty. Dopiero, gdy wyszedł na zewnątrz umilkła, gdyż świeże powietrze zaczęło ją dusić. Gildar położył ją na ziemi, wiedząc, że jest zbyt słaba by wstać.
- Oddychaj głęboko -przyklęknął przy dziecku, które wyglądało bardziej jak zaszczute zwierze nisz człowiek. Z plątaniny ciemnobrązowych włosów wyzierało się błękitne oko, drugie zasłaniały powieki sklejone krwią. Spazmy miotały jej ciałem.
- Mama? - spytała zachrypniętym głosem. - Tatuś?
Gildar nie wiedział co powiedzieć. Nie umiał przekazać małemu dziecku, że jego rodzice nie żyją.
- Ja… - zaczął - Nie bój się. Wszystko będzie dobrze. Jestem rycerzem i ochronię cię.
- Rycerz - powtórzyła mała, a spazmatyczny oddech ucichł prawie.
- Tak, jestem rycerzem - skinął głową - A ty jesteś małą królewną, prawda? Piękną księżniczką.
- Ja? - dziewczynka słuchała jego słów z zdziwieniem.
- Tak, znasz legendy? Jestem tym rycerzem, który ratuje księżniczkę z opałów. Czy panienka pozwoli bym podniósł ją i zawiózł na rumaku do wielkiego zamku?
Odwracanie uwagi dziecka przerwało nadejście Ingrid i Arthura.
- Znalazłeś kogoś żywego? - gdy tylko kobieta podeszła bliżej dziewczynka zaczęła piszczeć i skomleć.
- Spokojnie - Gildar uśmiechnął się - Ta pani też jest rycerzem.
Ingrid posłała mu zdziwione spojrzenie, ale nic nie powiedziała.
- Pani rycerz? - ku ich zaskoczeniu mała usiadła i spojrzała przytomniej.
- Witaj - z wielkim wysiłkiem kobieta wykrzywiła twarz na kształt uśmiechu. Mężczyźni spojrzeli na siebie nieco zdziwieni. Każdy z nich był pewny, że ta twarda wojowniczka nie potrafi okazać żadnych pozytywnych uczuć - Jestem Ingrid. Zabierzemy cię w bezpieczne miejsce.
- A mama i tata? - dziewczynka wróciła do wcześniejszego tematu. Zakrwawiona i uwalana w sadzy przedstawiała żałosny widok.
- Przykro mi, ale musimy stąd iść, księżniczko - Gildar spojrzał w zamyśleniu na dziewczynkę - Wiesz co, nie jesteś księżniczką. Jesteś wspaniałą wojowniczką, taką jak pani Shanel .
- Pani Shanel - w niebieskim oczku zalśnił płomyczek. Przywołanie postaci legendarnej kobiety-rycerza, okrytej sławą smokobójczyni przyniosło lepszy efekt. Każdy o niej słyszał nawet małe dzieci potrafiły opowiadać o jej niesamowitych przygodach.
- Lubisz panią Shanel? - Arthur zaśmiał się wesoło - A wiesz, że mamy jej piękne sukienki. Będziesz mogła je przymierzać.
- Naprawdę? - iskierki radości stłumiły smutek w spojrzeniu. Była jeszcze za mała by zrozumieć śmierć swych rodziców i nie powinna jeszcze dźwigać na ramionach ciężaru cierpienia.
- Oczywiście - Gildar podniósł ją ostrożnie. Nie krzyczała już ze strachu, jednak widać było, że cierpi. I tak cudem było, że nie udusiła się od dymu.
"Los dał ci drugą szansę" pomyślał łowca "mam nadzieję, że to będzie dla ciebie nie kara, lecz nagroda".
- Ruszamy na zamek, wielka wojowniczko… Jak ci właściwie na imię?
- Megumi, panie rycerzu - jej głos wykazywał krańcowe wyczerpanie.
- Mała Megumi, nie musisz się już bać. Nie stanie ci się krzywda z ręki tych potworów.
Jadąc potem przez z las z małą istotką wtuloną w jego ramie Gildar tylko umocnił się w tym postanowieniu. Nie miał zamiaru zostawić jej samej sobie.
Choć jechali teraz w czwórkę na wschód wzrok dziecka wciąż skierowany był w stronę osady, gdzie zostali jego rodzice.
- Wrócę mamusiu - cichy szept usłyszał tylko wiatr.

* * * * *

Nie mam sił wymyślać jak na razie nowych rozdziałów do wcześniejszych historii dlatego wrzucam coś co zalegało już w moim "twórczym" zeszycie od kilku miesięcy. Jak znajdę chwilę może wstawię jeszcze potem rozdział
  • awatar Seiti: Zabójcze. Pięknie napisane i w ogóle. Ciekawe kto będzie głównym bohaterem. Szkoda, że smoki jak na razie są te złe.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Zachorzałam ostatnio, więc miałam trochę czasu by poznęcać się nad sztuką.

Efekty :

Eric Draven z "Kruka"


Lan Fan i Greed z "Fullmetal Alchemist"



I Audrey Hepburn ( Wiem, fatalnie wyszła, ale pierwszy raz ją rysowałam )
  • awatar Mucha M.: Mega mi się podoba, a Audrey fajnie wygląda, jakbyś specjalnie ją rysowała w ten sposób :D Podoba mi się Twój styl :D
  • awatar Seiti: Ludzi rzeczywistych zawsze gorzej mi się rysowało i zazwyczaj się oburzali, że tak nie wyglądają, a mnie się wydawało, że dobrze narysowałam XD Cóż... Bardzo ładnie Ci wyszło, rozwinęłaś się.
  • awatar Kowalski, opcje!: Czemu poznęcać? To przecież jest boskie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Niepokonani: " Starzy znajomi" cz.2

Po chwili stanęli na płytkach, którymi był wyłożony parkiet ich kuchni. Holly odetchnęła głęboko.
- Nie poszło tak źle - odwróciła się do mężczyzny, który rzucił się do dzbanka z kawą - Jak nam idzie?
- W ciągu pół roku jakieś czterdzieści parę osób. Dokładnie nie wiem ile, musiałbym sprawdzić na liście. Idzie nam fatalnie łamane przez tragicznie. Nie wyrabiamy, mała.
- Potrafisz zepsuć humor - prychnęła walkiria, choć wiedziała, że ma rację. Nie nadążali. Łowcy zeszli z wiekiem przemiany swoich potencjalnych rekrutów i młodzi nadludzie wyskakiwali jak grzyby po deszczu.
- Przydałoby się zniszczyć to świństwo, które zmienia ich w nadludzi - zauważył ifryt - Wtedy mielibyśmy większe szanse.
- Przecież wiem. Tylko jak we dwoje znajdziemy to coś i zneutralizujemy zagrożenie? Jest nas dwoje - powtórzyła wyciągając przed siebie rękę - Nawet ja nie jestem taka głupia by pchać się w łapy Jacka.
- Promyczku mój ty złoty, zaraz ci żyłka pęknie - mruknął złośliwie Nick patrząc jak spaceruje w tę i z powrotem - Kto mówi o tym, że zajęlibyśmy się tym tylko my? Wystarczyłoby poprosić tego twojego szurniętego braciszka i, nie wierzę, że to mówię, Marca. Myślę, że nie tylko oni chcieliby zająć się tymi mutantami.
- Ale wiesz, że moja mamusia wyklęła mnie i do domu mogę wrócić raczej tylko w worku. A inaczej nie dotrzemy do królestwa Demonów Nocy.
- Ale do jednego z Miast dalibyśmy radę. Tam przebywa ten głupi kochaś Haydena.
- Nie nazywaj go tak. Dziwnie to brzmi - wtrąciła Holly.
Nicolas skrzywił się.
- Bronisz go? Nieważne, myślę, ze wiesz o co mi chodzi.
- Wiem, rozumiem. Jednak nie uśmiecha mi się tłumaczyć Panu Miasta Grzechu dlaczego wróciłam, on do najłaskawszych nie należy, a moja zdrada musiała nieźle uderzyć w jego ego. Także jak chcesz iść to beze mnie -wyszczerzyła ostre zęby w szerokim uśmiechu.
- Zdrajczyni - padła odpowiedź.
- Oj chyba nie jesteś na mnie zły. W sumie nie masz za co - Holly podeszła do niego i wspięła się na palce - Prawda? - zanuciła i pocałowała.
- A jak myślisz? - jego dłonie oplotły jej talię przyciągając bliżej - Kiedy widzę jak kusisz i mamisz te ludzkie poczwary, a oni patrzą na ciebie jak na przedmiot, który mogą wykorzystać.
- Jesteś strasznie zazdrosny - odgarnęła jasne włosy, które opadały na te niesamowite, iskrzące się żywym ogniem oczy - Pomyśleć, że to ja kiedyś myślałam, że mogę cię wykorzystywać.
- Los jest przewrotny - pocałował ją niespiesznie delektując się chwilą - Moja walkirio - wyszeptał.
Mogli tak trwać całą wieczność jednak głośne pukanie w drzwi zburzyło namiętność chwili. Holly spojrzała w ich stronę jakby przez drewno chciała uśmiercić wzrokiem, tego kto się tam znajdował.
- Pewnie to Sam - westchnął rozczarowany Nick i wypuścił ją z objęć - Wpuść ją.
- Zupełnie nie jestem gotowa na zakupy - jęknęła dziewczyna i chwyciła za klamkę. Otworzyła drzwi z impetem - Kompletnie zapomniałam, że dzisiaj… - zaczęła pospiesznie zanim zlustrowała wzrokiem sylwetkę, która decydowanie nie pasowała do chochlikowatej sąsiadki.
Intruz zdjął kaptur i spojrzał na zaskoczoną dziewczynę.
- Strażnicy, potwory, głód - mruknął cicho i zrobił krok na przód - Nareszcie was znalazłem.
- Ja… - Holly nie mogła uporządkować myśli, pomógł jej Nick, który znalazł się u jej boku i zmierzył chłodnym spojrzeniem nieznajomego.
- No nieźle - uśmiechnął się lekko - Brak puchatych uszu może nieźle zmylić, lisi demonie.
- Wiesz jak to jest. Gdy wchodzisz między wrony musisz krakać jak one - odparł Tabris spoglądając na nich ponurym spojrzeniem niegdyś wesołych oczu.
Mimowolnie Holly poczuła niepokój. To był prawdziwy Tabris?




* * * * *
Przepraszam, że w częściach, ale po raz kolejny pinger wszedł w fazę buntu.
  • awatar Seiti: W końcu wolna chwila na skomentowanie. Holly i Sam, skojarzyło mi się z tym, że ludzie nie zaprzyjaźniają się ze świniami. ( no wiesz, świnki się je) Świetny opis polowania, mrau!
  • awatar Kowalski, opcje!: "Ten głupi kochaś" śmiałam sie. Co za emocje.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Niepokonani: "Starzy znajomi" cz. I

Jesienna deszczowa aura wisiała nad miastem. Wilgotne powietrze przenikało przez ubrania wywołując dreszcze.
Zakapturzona postać snuła się smętnie po mieście nie bardzo wiedząc, gdzie się udać. Na czarnych włosach osiadały krople sklejając je w strąki. Jednak przybysz nie zwracał na to uwagi. Rozglądał się po wysokich budynkach, których oryginalna konstrukcja zapraszała do zwiedzania wnętrz. To była jego pierwsza wizyta w tym dziwnym miejscu. Bywał na obrzeżach, w slumsach, ale Centrum było mu obce.
Zrezygnowany i znużony spojrzał w niebo. Aura nie nastrajała do poszukiwań, ale teraz nie mógł zrezygnować. Ścisnął mocniej torbę, jakby chciał upewnić się, że jej zawartość nie wypadnie. Pociągnął nosem, ale zapach unoszący się w powietrzu nie pomagał mu naprowadzić go na właściwy trop. W tej chwili jego czuły nos wychwytywał jedynie aromat jedzenia z pobliskiej restauracji. Nie, pomyłka. Był to zapach ludzi, którzy siedzieli w niej. Ich marzeń, nadziei, radości.
Obcy oblizał wargi. Sny tych ludzi musiały być smakowite, ale nie było czasu na to. Narzucił sobie szybsze tempo pragnąć oddalić się od tego miejsca.
Żałosne ludzkie ubrania nie zatrzymywały wilgoci i czuł się jakby siedział po uszy w zimnym jeziorze. Mimowolnie spojrzał na wystawę jednego sklepów. Jego odbicie w szybie miało zaczerwieniony nos i uszy. Wyglądał bardzo ludzko.
Minęło sporo czasu od kiedy został ranny. Fizyczne obrażenia uleczyły się błyskawicznie, ale pokaleczone serce nie chciało się zabliźnić. Nieznośne uczucie smutku i żalu uczyniło go tak bardzo ludzkim.
Instynkt kazał mu zwrócić uwagę na tablicę z ogłoszeniami. Podszedł bliżej i zmrużył oczy zastanawiając się na co patrzy. Kąciki jego ust uniosły się lekko w uśmiechu. Podniósł dłoń do kartki papieru, która zwróciła jego uwagę i ruszył przed siebie nie odrywając wzroku od literek, które układały się w cel jego poszukiwań.
Trafił nareszcie w idealne miejsce.
Nieśmiały uśmiech zniknął z jego twarzy. Skarcił się w duchu za przejaw radości. Teraz nie miał już z czego się cieszyć. Westchnął i wyrzucił ogłoszenie pozwalając by lekki wiatr rzucił je na ulicę. Żwawym krokiem rozpoczął tropienie.
Kartka przylgnęła do wilgotnego chodnika i zaczęła nasiąkać wodą. Jednak mżawka nie rozpuściła atramentu, a treść wciąż pozostawała jasna do zrozumienia.
" Obywatele, strzeżcie się potworów, gdyż nawiedził nasze miasto. Uważajcie na siebie i swe rodziny, gdyż nawet nasi nadludzcy strażnicy nie ochronią was przed ich głodem"

Noel biegł szybko ciemnymi uliczkami slumsów. Jego głośny histeryczny oddech słychać było chyba z odległości kilku kilometrów. Zachowywał się bardzo głośno, nie wiedząc, że zwraca na siebie niepożądaną uwagę.
- Idiota - Holly westchnęła ciężko podążając jego śladem. Nie spieszyła się. Nie musiała. Noel, czy raczej jedna z jej ofiar nie miał pojęcia, że młoda kobieta, która tak go wystraszyła jest walkirią. Zawsze znajdowała swój cel.
- Nic nie będzie trzymać mnie, ja zaraz zniszczę cię - zanuciła pod nosem zadowolona, że pogoda jej sprzyja i deszcz nie zmywa zapachu.
Głuchy odgłos biegnącego przed nią chłopaka trzymał ją na właściwym tropie. Noel miał tylko siedemnaście lat, właściwie nie powinien być jeszcze przemieniony przez łowców. Ale jednak objawił się jako nadczłowiek i to dobre pół roku wcześniej zaczął rozrabiać.
- W więzach nikt nie trzyma mnie, ja zaraz pożrę cię - zaintonowała głośniej słysząc jak odległość między nią, a nadczłowiekiem zmniejsza się. W odpowiedzi dostała płaczliwy krzyk, świadczący o tym, że dosłyszał jej słowa. Powietrze było ciężkie od strachu, nawet jeśli ten łowca byłby pozbawiony zapachu znalazłaby go z łatwością po brudnej energii, którą posiadał.
Przyspieszyła i wbiegła w uliczkę w której zatrzymał się jej cel.
- Trafiony, zatopiony - wyciągnęła ręce przed siebie i splotła palce, jak dziecko, które udaje, że trzyma broń.
Nadczłowiek odwrócił się zaskoczony. Nie miał gdzie uciec, miejsce w które go zagoniła było ślepą uliczką. Jego jeszcze dziecięca twarz wyrażała zaskoczenie, gdy zobaczył, że goniąca go była niezbyt wysoką dziewczyną. Najwidoczniej wyobraźnia podsuwała mu obrazy postawnego potwornego wojownika. Musiał być srodze zawiedziony.
- Ty jesteś tym potworem, który poluje na nadludzi? - spytał, a jego głos skrzypiał jak zawiasy starych drzwi.
- Ja? W życiu - Holly machnęła ręką lekceważąco - Możemy porozmawiać? Tu jest tak…. Przytulnie - mruknęła wodząc po kruszących się ścianach i śmieciach zalegających na ulicy - Przysięgam, że nie zrobię ci krzywdy? - mrugnęła do niego zachęcająco.
- Ile masz lat? - Noel zadał jej pytanie, którego się nie spodziewała.
- Trzynaście - odparła próbując się nie roześmiać - Lubisz takie, prawda?
Twarz chłopaka przybrała zdziwiony wyraz. Jednak nie wyglądał już na tak przerażonego.
- Lubię - odparł cicho patrząc na nią. Zmarszczył brwi jakby coś mu nie pasowało - Nie wyglądasz na trzynaście lat.
- Ale jestem w takim wieku. Jestem baaardzo młoda - patrzyła uważnie w jego oczy - rozumiesz?
Nadczłowiek skinął jej głową.
- Cudownie - mruknęła Holly skupiając się na jego rozwodnionych błękitnych oczach - Masz śliczne oczy, uwielbiam niebieskookich blondynów.
Pąsowe rumieńce wystąpiły na oblicze Noela, ośmielony jej słowami podszedł bliżej.
- Czego taka panienka szuka w brudnych dzielnicach.
- Rozrywki - odparła walkiria lustrując swą ofiarę. Był od niej wyższy o głową, ale chudy jak patyk. Kiedyś taki nigdy by nie przeżył w takim miejscu… - A pan czego szuka? - odparła zaczepnie.
- Dobrego towarzystwa - szeroki uśmiech w połączeniu z zamglonym spojrzeniem sprawiał niesamowite wrażenie. Takie zepsucie w tak młodym wieku….
- Trafiłeś idealnie - stwierdziła z uśmiechem walkiria nie mogąc patrzeć dłużej w te pedofilskie oczka - Chciałabym powiedzieć, że mi cię szkoda, ale skłamałabym - dodała zimnym tonem i cofnęła się kilka metrów.
Miejsce w którym przed chwilą stała zmieniło się w błękitną kulę ognia. Nieludzki wrzask rozdarł cisze, która zapanowała po jej słowach.
Płomienie zniknęły tak szybko jak się pojawiły, a poparzony nadczłowiek upadł z jękiem na kolana.
- Co jest? - słaby jęk wydobył się z obrzmiałych ust.
- Nie mam serca dla kogoś, kto gwałci dzieci - odparła demonica i przyklękła przy rannym Noelu - A co byś zrobił, gdybym była tylko bezbronną dziewczynką?
Twarz nastolatka przybierała coraz bardziej wściekły grymas, w miarę jak rany uleczały się.
- Pieprzona dziwko, zabiję cię - wyciągnął ręce w jej stronę, ale mała kula ognia eksplodowała na jego twarzy rzucając nim o ziemię.
- Boli - zawył zaciskając ręce na pustych oczodołach.
- Poniosło cię - mruknęła Holly i wstała spoglądając na dach rozpadającego się budynku. Ubrana w ciemne ubrania postać spojrzała na nią z złością. Oczy Nicka błyszczały niebieskim ogniem.
- Nie mam zamiaru powstrzymywać się, gdy ktoś nazwie cię "dziwką" - odparł i ześlizgnął się po skruszonym murze na ziemię. Przycisnął nogą do ziemi wijącego się nadczłowieka.
- Nie spieszyłeś się. Mogłeś go zdjąć kilka ulic wcześniej. Oszczędziłbyś trochę czasu.
- A masz jakieś plany na wieczór? - ifryt uniósł pytająco brew.
- Chciałam pójść z Samanthą na zakupy. Zniszczyłam sobie bluzę.
- Rany, jesteście tak cudownymi przyjaciółkami, że zaczynam się czuć zazdrosny. Leż! - warknął do Noela, który próbował wciąż uciec. - Na poważnie, nie czujesz się dziwnie mając za znajomą potencjalny posiłek?
- Głupek z ciebie - parsknęła dziewczyna i spojrzała na nadczłowieka - Gdyby nie fakt, że wykorzystałeś i zabiłeś trzy dziewczynki sama pozbawiłabym cię życia bezboleśnie. Ale krzywdzenie dzieci to coś, co nawet mnie denerwuje. Żegnaj - machnęła ręką na swojego ifryta i odwróciła się by światło nie oślepiło jej. Po chwili poczuła jak obejmuje ją ramię Nicolasa i pochłania ich ten sam płomień, który pozbawił życia młodocianego pedofila. Jednak im nie robił krzywdy.
 

 
Nie wiem kto tu kogo wychowuje
  • awatar ❤ gααвι мσυѕє ❤: ja mam kota i go lubię xD zapraszam do mnie ;3
  • awatar Kowalski, opcje!: Hejo! Olewasz mnie? Za co? Uprzejmie informują panią Misao, że na moim blogu pojawił się czwarty rozdział fanfiction. nie mogła się pani tego doczekać więc zapraszam do czytania.
  • awatar Zakira Luna: Nie lubię kotów...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Rozdział VIII

Blady świt rozjaśniał lekko nocne niebo, kiedy Mei po raz któryś z kolei spojrzała przez okno. Herbata przyrządzona przez Olivię zdążyła już wystygnąć, ale dziewczyna nawet jej nie spróbowała. Po tych wszystkich wydarzeniach czuła mdłości i marzyła tylko o tym by zasnąć.
- Tadaki jeszcze nie przyszedł? - spokojny głos wyrwał ją z otępienia. Spojrzała na Josephine, która niczym kot weszła do jej pokoju.
Z pewnym wysiłkiem wstała i ukłoniła się kobiecie.
- Jakieś wiadomości? - spytała dyplomatkę.
Hrabina Montiachi westchnęła i usiadła w jednym z foteli.
- Członkowie Czarnej Róży przeszukują zamek i dyskretnie obserwują Błogosławionych. Szukamy jakichkolwiek śladów świadczących o tym, że ktokolwiek działał z tym młodym mężczyzną. Ale jak na razie niczego się nie dowiedzieliśmy. Tadaki i starsi członkowie organizacji przesłuchują Akihiro Kimurę, ale ten uparcie milczy.
- Ta cała sytuacja zaczyna mnie przerażać - mruknęła cicho Przeklęta nawijając kosmyk włosów na palec.
- Doskonale cię rozumiem. Zostałaś nie tak dawno wyrwana z zupełnie innego świata, to zrozumiałe, że musisz się przyzwyczaić.
- Przyzwyczaić? Do bycia zwierzyną łowną?
- Gdyby twoja matka nie była tak uparta i naiwna miałabyś podstawy opanowane w wieku dziesięciu lat. Spokojnie przyzwyczaiłabyś się do naszego stylu życia. Dziadek rzucił cię na głęboką wodę, musisz szybko nauczyć się płynąc naszym nurtem. Przeklęci mają trudne życie, ale w gruncie rzeczy wielu ludzi im zazdrości. Spójrz tylko na swe włosy. Wiesz ile kobiet chciałoby wyglądać tak pięknie jak ty?
- Podejrzewam, że żadna nie chciałaby choćby przez ciągłe wyzwiska. Wygląd w niczym nie pomaga - Mei zamilkła na chwilę i zaraz zaczęła się śmiać - Nie wierzę, że coś takiego powiedziałam.
Lekki uśmiech pojawił się na twarzy dostojnej hrabiny.
- To co mówisz świadczy o twoich postępach. Masz rację wygląd o niczym nie świadczy, podobnie jak zachowanie. Czyż ten młodzieniec nie jest tego doskonałym przykładem? Tadaki mówił mi o tym jak podsłuchiwał waszą rozmowę. Sam stwierdził, że jego umiejętność zmiany zachowania jest naprawdę doskonale wyćwiczona.
- Naiwna byłam - Przeklęta podeszła do okna spoglądając na różową łunę na wschodzie. Słońce wschodziło tak samo jak dzień wcześniej. Żadne przyziemne wydarzenia nie zmieniały rytmu jego wędrówki po niebie - Co z nim zrobicie?
- No właśnie - sapnęła ciężko czcigodna dama - Nie wiemy. Jeśli nie dowiemy się od niego niczego sensownego będzie trzeba go wypuścić wolno, zanim król Hektor zorientuje się, że zaginął gdzieś jeden z jego podwładnych. A jeśli Błogosławiony opowie swemu władcy o nas to narazimy księcia Lina na olbrzymie niebezpieczeństwo.
- Czyli sytuacja bez wyjścia - podsumowała Mei.
- Mei - Tadaki wszedł do pomieszczenia nie kłopocząc się jakimikolwiek zasadami dobrego wychowania - idziesz ze mną
- Co? - dziewczyna nie była pewna o co może chodzić jej dziadkowi, ale zaraz się pozbierała - Rozumiem - odwróciła się jeszcze do Josephine - Dokończymy tę rozmowę kiedy indziej, pani.
Niemal biegła za dziadkiem, który niczym cień sunął korytarzem. W porównaniu z nim, Mei hałasowała jakby do butów przywiązane miała łańcuchy. Oczywiście Mishimori nie omieszkał jej tego wypomnieć.
- Jesteś strażniczką, a nie koniem zaprzęgowym. Nawet twój koń ciszej chodzi.
- Przepraszam - odparła, ale nie czuła skruchy - Gdzie idziemy?
- Błogosławiony zażądał rozmowy z tobą. Twierdzi, że nic nie powie zanim nie dokończy waszej rozmowy. Próbowaliśmy mu to wyperswadować, ale jest uparty jak osioł. Liczymy na to, że tobie uda się z niego wyciągnąć wszystkie informacje.
Myśl o tym, że znowu ma spotkać tego natręta sprawiła, że czuła obrzydzenie.
- Dlaczego akurat ja? Nie mógł się znęcać nad kimś innym?
- Jesteś jeszcze młoda i bez doświadczenia w naszym działaniu. To normalne, że potraktował cię jako najsłabszą i zwrócił do ciebie.
- Nie rozumiem jednego. Mówił mi, że chce spotkać się z wami, teraz gdy chcecie z nim porozmawiać twierdzi, że nie chce. Jest albo szalony, albo głupi.
- Te informacje ty musisz z niego wyciągnąć. Wiem, że nigdy nie prowadziłaś przesłuchania, ale dajemy ci wolną rękę. Przepytaj go tak jak chcesz. Spróbuj pociągnąć go za język.
Im niej schodzili tym chłód bardziej dawał się we znaki.
- Gdzie on jest?
- W piwnicach. Nie mogliśmy go zamknąć w więzieniu ze względu na to, ze wszyscy zaraz by wiedzieli gdzie jest. Proszę - wręczył jej ciężki klucz - Ostatnie drzwi na prawo. Ja nie pójdę dalej bo zorientuje się, że jestem blisko. Doskonale potrafi wyczuć życiową energię i rozróżniać poszczególne osoby. Musisz sama się tym zająć.
Mei tylko skinęła głową i ruszyła w głąb korytarza, gdy stanęła przed odpowiednimi drzwiami odetchnęła głęboko.
- Nie bądź tchórzem - skarciła się za brak opanowania i zdecydowanie otworzyła drzwi.
Od razu powitał ją wesoły głos.
- No nareszcie! Dzień dobry, Mei - głos więźnia był spokojny, a nawet wesoły jakby zamknięcie nie robiło na nim żadnego wrażenia.
Jedna samotna pochodnia rozświetlała ponure pomieszczenie i postać siedzącą na prowizorycznym posłaniu. Gdy Aki uniósł rękę brzęknął łańcuch, którym przykuto, go do podłogi. Teraz dziewczyna rozumiała dlaczego dziadek zostawił ją z tym szaleńcem w jednym pomieszczeniu. Raczej nie mógł jej zaatakować.
Złapała krzesło stojące od ścianę i usiadła na nim.
- Dlaczego przyszedłeś akurat do mnie i skąd wiesz o Czarnej Róży?
- Mówiłem przyszedłem do ciebie, bo twój dziadek zaraz by mnie zabił. A o Róży wiem z tajnego źródła - odparł z uśmiechem.
- Rozumiem - skwitowała jego słowa skinieniem głowy - Ale nie rozumiem tego, dlaczego znowu chciałeś ze mną rozmawiać. Przecież spotkałeś członków Róży…
- Oni mi nie uwierzą i nie dadzą wytłumaczyć całej sytuacji. Potrzebuję czyjegoś poparcia.
- Jeśli myślisz, że ja ci go udzielę to jesteś w błędzie. Zmusiłeś mnie do posłuszeństwa i wkradłeś się do mojej sypialni. Upokorzyłeś mnie… - zaczęła zanim zdała sobie sprawę, że ostatnie słowa wypowiedziała na głos.
Akihiro spojrzał na nią lekko krzywiąc się.
- Więc chodzi ci o twoją dumę? Doprawdy mogłem się tego spodziewać po córce Pride'a - jego nosowy akcent wręcz ociekał sarkazmem.
Gdyby Przeklęta nie była już tak znużona prawdopodobnie uderzyła tego pyszałka korzystając z okazji, że jest na uwięzi.
- Tak, tak jestem egoistyczna, zadufana w sobie i tym podobne. Ale nie wykorzystuję innych do własnych celów - odcięła się.
- Oj daj spokój. Jestem następcą tronu. Chyba to normalne, ze powinienem nauczyć się wykorzystywać ludzi jeśli mam objąć władzę.
- Władca jest dla ludzi, a nie odwrotnie - syknęła zirytowana dziewczyna - Chcesz być cesarzem, a nie rozumiesz najprostszych zasad, których powinien trzymać się dobry władca.
Aki spojrzał na nią zaskoczony.
- Mówisz jak mój ojciec. Myślałem, że tylko jemu tak odbija na punkcie honoru władcy.
- Książe Lin rozumie tę zasadę i wykorzystuje ją w praktyce, a dopiero niedawno objął tron. I Rithistad jest naprawdę szczęśliwym państwem.
- Ale i tak ludzie cię wytykają palcami i nienawidzą. Czujesz się z tego powodu szczęśliwa?
- Ja.. - potworzyca zaczęła, ale zawahała się. Carewicz był bystrym obserwatorem skoro wiedział tyle o stosunkach między ludźmi, a Przeklętymi w kraju - To nie ma nic do rzeczy.
- A rozumiem - jego oczy znowu stały się chłodne i przenikliwe - Nie możesz znieść tego, że ludzie obrażają cię i jednocześnie starasz się by widzieli w tobie kogoś lepszego. Jesteś niczym otwarta księga, Mei.
Palące rumieńce wystąpiły na policzki dziewczyny. Jeśli wzięła go początku za nieszkodliwego głupca, to teraz musiała zweryfikować swoje zdanie.
- Łatwo rozszyfrowujesz innych, a sam jesteś skryty i nic o tobie nie wiadomo. Jeśli chcesz bym ci pomogła, muszę wiedzieć wszystko. Jeśli mnie okłamiesz, pomogę innym w zniszczeniu cię.
- Bardzo przypominasz swojego ojca, potworzyco. On też brzydził się dwulicowością i obłudą. Ale myślę, że to uczciwy układ. Zacznijmy wszystko od początku.
- Nie, powiesz wszystko od początku w obecności mojego dziadka. Skoro twierdzisz, że mi możesz ufać, to jemu również. Jest bardziej honorowy ode mnie. Już nie mówiąc o tym, że w przeciwieństwie do mnie będzie umiał zaradzić jakoś.
Kimura pobladł lekko.
- Stawiasz warunki? Tego nie przewidziałem. Nie chcę się zgadzać na takie układy.
- Gwarantuję ci pełną nietykalność - Mei wstała i spojrzała na niego z góry - Jako dziedziczka klanu Mishimori, obiecuję, że dopóki będziesz prawdomówny, będę pilnować by żaden członek Czarnej Róży nie tknął cię, carewiczu. Może nie jestem tak honorowa jak dziadek, ale danego słowa dotrzymam.
- Nie wiesz, że nie składa się obietnic, których dotrzymać nie można? - Aki najwyraźniej powątpiewał w nią. Całkiem słusznie zresztą. To co powiedziała było kompletnym idiotyzmem, ale musiała jakoś go przekonać do swojego pomysłu.
- Jestem skłonna zaryzykować - uśmiechnęła się kpiąco do carewicza - Jeśli się boisz powiedz od razu. Zrozumiem jeśli, wasza cesarska mość, okaże się zbyt delikatny.
- Cesarska mość, to mój ojciec - zimne oczy zalśniły blaskiem - A ja chcę zaryzykować. Zgadzam się.
- Jesteś dziwny - upewniła się w swojej opinii o nim po raz kolejny i poszła znaleźć dziadka.

Po długim wywodzie jaki Aki zaserwował jej dziadkowi, Mei pomyślała, że kiepsko jej szło wypytywanie więźnia. Tadaki zadawał krótkie pytania i żądał długich odpowiedzi, a ona sama najwięcej mówiła i to nie na temat.
- Mog uwierzyć w to, że nienawidzisz służby w Northen i chcesz wrócić do swojej ojczyzny. Ale jaką mam gwarancję, że to nie jakiś podstęp, czy rozkaz króla Hektora?
- Pan pochodzi z rodu Mishimori w którego żyłach płynie również krew ludzi z Sint. A my stawiamy dobro naszego kraju nad kaprysy obcego władcy. Jestem zmęczony byciem marionetką króla. Mój ojciec jest śmiertelnie chory. Nie wiem ile czasu mu zostało. Wyznaczył mnie na następcę tronu, gdyż moje rodzeństwo jest za młode. Hektor niechybnie sięgnie po cesarskie berło i złączy nasze państwa. Sint upadnie jako lenno nowego cesarza.
Gdybym widział inny sposobu nie zwracałbym się do was.
- Co teraz zrobimy? - dziewczyna spojrzała na zamyślonego starca.
- Jeśli carewicz zgodzi się powiedzieć radzie to samo co nam, zwołam zebranie.
Aki uniósł głowę.
- Dobra, i tak nigdzie się nie ruszam - uniósł kajdany prezentując swój symbol zniewolenia w całej okazałości. Wypaczone poczucie humoru, było chyba jakąś oznaką choroby, bo niemal cały czas wydawał się być zrelaksowany i choć mówił o poważnych sprawach jego ton był lekki, nawet na chwilę nie zadrżał mu głos gdy wspominał o chorobie ojca.
- Mei, muszę zająć się tą całą sprawą i zgromadzić Różę w jednym miejscu. Znowu - westchnął Tadaki - Idź odpocznij. Zasłużyłaś na dzień wolny.
- W porządku. Zaraz tak zrobię - zgodziła się z dziadkiem - Ale najpierw chciałabym czegoś się dowiedzieć od carewicza.
Tadaki posłał jej lekko zdziwione spojrzenie, ale wzruszył tylko ramionami i wyszedł.
- Czego jeszcze ode mnie chcesz? - carewicz zrobił znudzoną minę. Najwyraźniej osiągnąwszy zamierzony cel, nie zamierzał więcej z nią rozmawiać.
- Jestem ciekawa dlaczego twój koń jest ślepy? - odparła Mei niezrażona jego słowami.
- O zauważyłaś? Jestem pod wrażeniem - Akihiro ożywił się na chwilę - Lubię mojego Shiro i tyle. Zaskoczona?
- Trochę - przyznała potworzyca - W końcu przecież stać cię na dobrego, rasowego wierzchowca.
- A ciebie stać na piękne drogie ozdoby i suknie, a chodzisz ubrana jak mężczyzna i na dodatek widać, że to ci pasuje.
- Hej - nie rozumiała czego skrytykował ją za ubiór. Był prosty i wygodny - pochodziłbyś sobie w gorsecie cały dzień, to byś zrozumiał jak wielka jest różnica między damskim, a męskim ubiorem. Zresztą nie wiem o co ci chodzi.
- Ubierasz się tak bo to lubisz. Ja mam niewidomego konia bo go uwielbiam. Proste?
- W sumie… Racja - musiała przyznać mu, że w argumentacji bije ją na głowę..
- Mogę cię o coś prosić? Zajmij się nim dopóki nie dowiem się co ze mną będzie.
- Dlaczego miałabym ci pomagać? Jak na razie tylko próbujesz mnie wyzyskiwać.
- Proszę ze względu na Shiro - błagalne spojrzenie jego autorstwa było mistrzostwem - Błagam.
- Nie nabierzesz mnie, głupcze - podeszła do drzwi - Żegnam.
- Mei!
Dziewczyna westchnęła ciężko.
- Zajmę się koniem, ale na nic więcej nie licz.
Błogosławiony odetchnął z ulgą.
- Jestem twoim dłużnikiem…
Przeklęta wyszła zanim Aki dokończył zdanie. Nie chciała wplątywać się w jeszcze bardziej pokręcone układy.
Słońce wznosiło się już nad horyzontem, a ciepłe promienie wpadały przez duże okna rozświetlając zimne mury. Mei doczłapała do swojej sypialni i ostatkiem sił zdjęła buty. Rzuciła się na miękką pościel, rozkoszując błogą sennością, która ogarniała ją błyskawicznie. Zasnęła szybko, zadowolona z faktu, że może choć trochę odpocząć.
  • awatar Lisa Angels: Deklaruję się, że uwielbiam Akiego :D Nie ważne co teraz zrobisz jest moim ulubieńcem ever! Co nie zmienia faktu, że jest niezdecydowany jak... no... mniejsza. Powinien się cieszyć, że załatwiła mu takie genialne spotkanie, które wprowadziło zakon czarnej róży w wielkie zakłopotanie :D Podoba mi się motyw z ślepym koniem (Shiro :D), jednak sam dialog go dotyczący wydał mi się taki wymuszony... :/ No cóż, może to tylko moja wyobraźnia, czekam na next :D
  • awatar Kowalski, opcje!: A co się stanie jak się obudzi? Kiedy next?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Ling Yao/ Greed


Mimo wszystko kocham rysować tuszem
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ilość doprawdy żałosna, ale musiałam napisać zanim uciekłyby mi resztki weny

Rozdział VII

Sytuacja była co najmniej niezręczna. Mei stała na środku pokoju nie mogąc uciec temu wariatowi, który uwidział sobie, że będzie mu służyć.
- Jak tu wszedłeś? - rozpaczliwie rozglądała się za czymkolwiek w co mogłaby się ubrać. Zgarnęła z oparcia krzesła długi płaszcz i szybko narzuciła na siebie. Natręt na łóżku zignorował jej zażenowanie skupiając się na konsumpcji posiłku.
Mei zmarszczyła brwi.
- Głuchy jesteś? - syknęła. Nie rozumiała czemu, jej podświadomość wmawiała jej, że nogi są ciężkie jak kamień i nie może się ruszyć z miejsca. Słowa Akiego, aż tak silnie na nią oddziałowy wały?
Dopiero teraz młodzieniec podniósł wzrok. Odłożył pustą już miskę na stolik i oparł głowę na łokciach.
- To chyba oczywiste, że wszedłem oknem. Każdy głupi to potrafi - odparł ze stoickim spokojem - Podziwu godne - dodał cicho.
- Co? - spytała dziewczyna niezbyt rozumiejąc bezsensowne gadanie intruza.
- Byłem pewien, że zaczniesz wrzeszczeć, albo rzucisz się na mnie.
Mei prychnęła wściekła na tego bezczelna.
- Nie jestem idiotką - dziadek nauczył ją reagowania na podobne sytuacje. Dopiero teraz zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie przewidział, że może jej się coś takiego przytrafić - Mogę usiąść?
Akihiro uniósł brew.
- Proszę bardzo. Tylko z łaski swojej nie próbuj żadnych sztuczek. Chyba, że chcesz by tej starej służce życie skończyło się nieco wcześniej.
- Grozisz Olivii, wkradasz się do mojego pokoju i żądasz widzenia z członkami Róży. O co w tym wszystkich chodzi?
- Pozwól, że zacznę od początku. I przeproszę za moje zachowanie, ale jestem do tego zmuszony.
- Nie obchodzi mnie to - wtrąciła się Mei - Nie usprawiedliwia cię to z faktu, ze zjadłeś moją ciężko zapracowaną kolację.
Błogosławiony uśmiechnął się szeroko.
- A myślałem, że Przeklęci to wieczne ponuraki. Jeszcze okaże się, że potrafisz się śmiać.
- To nie było żartobliwie, naprawdę jestem zła. Z przyjemnością bym wyrwała ci język, ale brzydzę się takimi jak ty.
- I wzajemnie potworzyco, aczkolwiek muszę przyznać, że jesteś bardziej cywilizowana niż sądziłem. No mniejsza, chciałem powiedzieć, zanim mi przerwałaś, że jest mi przykro. Z reguły nie uciekam się do tak brudnych sztuczek. Jednak chciałem porozmawiać z kimś bliskim księciu Linowi i Czarnej Róży. Proszę o pomoc.
- Przeliczyłeś się carewiczu. Książę jest zbyt zajęty by rozmawiać ze sługami, a ja mam masę pracy. O Róży nic nie wiem. Na darmo łaziłeś po murach jak jaszczurka. Teraz możesz wyjść.
- I wrócić do służenia królowi Northen? Musisz mnie wysłuchać. Mój ojciec choruje, a ta parszywa gnida będzie chciała wykorzystać okazję i zniszczyć Cesarstwo Sint. Jestem tam jednym z nielicznych Błogosławionych, a nasza armia jest słabsza niż norteński legion. Chcę wrócić do domu i pomóc rodzinie? Mam dosyć niewolniczego życia w służbie królowi Hektorowi. Żyję jak pies.
- A to nas nazywają kundlami księcia - mruknęła pod nosem Mei, ale historia opowiadana przez Akiego zaczęła ją wciągać. Zwłaszcza, że jego snobistyczny ton złagodniał nieco.
- Tak czy inaczej - kontynuował niewzruszony carewicz - chciałem zwrócić się o pomoc do księcia Lina. Jego ojciec jest dalekim kuzynem mojego, więc to prawie rodzina. Ale nie dam rady zbliżyć się do niego jeśli najpierw nie przekonam do siebie członków organizacji.
- Jeśli myślisz, ze ja ci pomogę to się grubo mylisz. Już mówiłam nie chcę mieć do czynienia z takimi jak wy.
- Oj proszę - ku jej wielkiemu zaskoczeniu poderwał się i złapał ją za rękę trzymając w uścisku - Bardzo proszę - mina zbitego psiaka wychodziła mu doskonale - Ja nie jestem taki jak oni - przyklęknął.
- Jesteś zdecydowanie od nich głupszy - jęknęła dziewczyna szarpiąc się bezskutecznie i przeklinając swe rozkojarzenie. Nigdy nie powinna mu pozwolić podejść tak blisko - Puszczaj!
Miała wielką ochotę kopnąć go i złamać nos, ale widok płaszczącego się przyszłego władcy był dość satysfakcjonujący. Albo Aki był doskonałym aktorem, albo właśnie płaszczył się przed naturalnym wrogiem.
Ta myśl sprawiła, że nie wytrzymała i roześmiała się. Znowu jego zachowanie doprowadziło ją do rozbawienia. Dziadek zabił by ją za brak trzeźwości umysłu.
- Wstawaj, wasza wysokość. Zgadzam się. Zaprowadzę cię do mojego dziadka i wyjaśnię całą sytuację - widziała doskonale skrawek materiału, który widniał za oknem. Mignął jej już wcześniej, ale teraz był widoczny cały czas.
- Dziękuję - spojrzała w jasne oczy młodzieńca, które zalśniły radością i… nadzieją.
Było jej przykro. Ale i tak wykręciła mu rękę i kopnięciem posłała na podłogę.
Aki wydawał się być lekko zaskoczony, ale szybko się opanował. Podniósł się z ziemi szybciej niż jakikolwiek człowiek mógłby, jednak zanim cokolwiek zrobił przez okno do pomieszczenia wskoczyła ubrana na czarno postać w masce. Błyskawicznie zaatakowała Akiego, który ostatniej chwili uchylił się przed krótkim ostrzem skierowanym ku jego gardłu. Nie miał przy sobie najwidoczniej broni, gdyż ciosy odparowywał gołymi rękami.
Mei ze spokojem patrzyła jak niespodziewany przeciwnik carewicza zyskuje przewagę nad nim i ciska nim o podłogę. Chłopak aż sapnął, gdy ciężki but przygwoździł go do podłogi, jednak nie zrezygnował z walki. Wywinął się zręcznie i zasypał zamaskowanego przeciwnika gradem ciosów.
Potworzyca westchnęła widząc jak ubrany na czarno mężczyzna pochyla się coraz bardziej.
- Aki - wrzasnęła i rzuciła się w stronę Błogosławionego. Ten odwrócił się dopiero w ostatniej chwili, a wtedy jego przeciwnik wykorzystał okazję i uderzył pięściami w głowę.
Różnooki zrobił zdziwioną minę i runął na podłogę jak długi.
- Nieuczciwe chwyty, Mei? Nie pomogłaś starcowi walczyć - mężczyzna wyprostował się z stęknięciem i zsunął maskę z twarzy.
- Dziadku, sam powiedziałeś, żebym nie mieszała się do bójek, dopóki nie będę gotowa - uśmiechnęła się do Tadakiego, który zamrugał zbity z tropu.
- Obracasz moje słowa, przeciw mnie - mruknął cicho - Dlaczego mi nie powiedziałaś, że prześladuje cię on?
-Bo dopiero dziś dowiedziałam się o jego istnieniu. Jest nieszkodliwy, ale dziecinny i głupi.
- Nigdy nie lekceważ przeciwnika, dziecko. Ktoś kto tak walczy jest bardziej niebezpieczny niż sądzisz - nachylił się nad nieprzytomnym Błogosławionym - Swoją drogą źle się zabierasz za odpytywanie. To ty powinnaś go szantażować, a nie on ciebie.
- Słyszałeś wszystko?
- Śledziłem go od kiedy zaczął się tu kręcić. Sprytny jest, ale nieostrożny. Nie zauważył mnie.
- Czemu go wcześniej nie powstrzymałeś, tylko pozwoliłeś mu wejść tu? - nie rozumiała czemu tak wyszkolony strażnik jak jej dziadek postąpił w ten sposób.
- To część szkolenia. Musisz zrozumieć, że nigdzie nie jesteś bezpieczna i zawsze powinnaś być czujna. Nie zawsze ci pomogę.
- On umie sprawić, że ciało odmawia posłuszeństwa - westchnęła patrząc jak Tadaki wiąże Błogosławionego.
- Tylko jeśli umysł pozostaje otwarty. Tacy jak on potrafią wmówić rozumowi rzeczy, które nie mają miejsca. Na mnie jego manipulacje nie działają.
- Co z nim zrobimy?
- Ostrzegłem członków Róży i niedługo tu przybędą. Oni zdecydują co należy zrobić. Ty w tym czasie idź do stajni i zajmij się moim wierzchowcem. Służba już śpi, a ja będę miał teraz co innego na głowie.
- Dobrze dziadku - pochyliła się w ukłonie i wyszła niezwłocznie rzucając tyko ostatnie spojrzenie na postać leżącą na ziemi. Oszukał ją jego uroczy wygląd i wesoły uśmiech, dopiero teraz zrozumiała, że była w jednym pokoju z doskonałym wojownikiem. Zgarnęła jeszcze przyzwoite ubrania i ruszyła w stronę stajni.
Pomimo wydarzeń z całego długiego dnia jej oczy się kleiły. Jednak gdy dotarła do stajni ożywiła się. Złocisty Topaz od razu powitał ją rżeniem, choć reszta koni spała. Właściwe do chwili, kiedy odezwał się jej koń, bo teraz zaczęły się wybudzać i rozglądać zaniepokojone.
Poklepała kark swojego niepokornego konia, który próbował złapać ją za włosy i weszła do boksu obok. Tadaki musiał wracać szybko bo nawet nie zdążył zdjąć siodła. Szybko pozbawiła konia niepotrzebnego ciężaru i zdjęła ogłowie co zwierzę przyjęło z wdzięcznością. Wyszczotkowała jego sierść, starając się zrobić to jednocześnie szybko i starannie. Oporządziwszy konia wyszła i już miała skierować się do wyjścia, gdy dostrzegła mleczne jakby zasnute mgłą oczy.
Wierzchowiec Akiego.
Podeszła bliżej by przyjrzeć się potężnemu bojowemu karoszowi, który zaczął przebierać nogami i wstrząsać długą grzywą.
- Czy żaden koń mnie nie lubi? - prychnęła Mei, ale niezrażona wrogością podeszła bliżej. Ciekawiły ją te niespotykane oczy.
- Nie skrzywdzę cię - szepnęła cicho chcąc się lepiej przyjrzeć.
Koń parsknął wrogo, ale obwąchał jej wyciągniętą rękę. Musiał być doskonale wytresowany bo zaraz grzecznie się odsunął i nie próbował odgryźć jej palców tak jak Topaz. Jeden krok wystarczył by Mei zauważyła, że ze zwierzęciem jest coś nie tak. Zachwiał się, a później choć zachował równowagę kołysał się delikatnie na boki. Spojrzeniem omiatał całe pomieszczenie stajni, ale nie skupiał na niczym wzroku.
Dopiero po chwili połączyła kolor oczu i dziwną niepewność stworzenia. Pupil carewicza był ślepy.
Nie mogła zrozumieć, czemu ktoś kto stoi tak blisko władcy i na dodatek dziedziczy cesarską koronę ma takiego konia. Pomyślała o tym jak Akihiro zrugał ją za niedbałość o zdrowie Topaza. Wtedy w jego oczach tlił się prawdziwy gniew. Przypomniała sobie co mówił o koniach.
"Są mądrzejsze od ludzi"
Jednocześnie pokazał pogardę dla zwykłych obywateli Wschodu i jednocześnie kochał zwierzęta. Dziwny typ.
Przeklęta pokręciła głową, gdy poczuła, że zaczyna zasypiać na stojąco.
- Głupie myśli mi przychodzą do głowy ze zmęczenia - mruknęła do samej siebie i ruszyła z powrotem do zamku. Musiała znowu się wykąpać, odnaleźć dziadka i dowiedzieć się kim właściwie jest ten Błogosławiony. Tej nocy nie odpocznie.
Uniosła głowę ku gwiazdom rozświetlającym czarne niebo.
- Dlaczego mam takiego pecha? - skierowała się do nich z rozpaczliwym pytaniem
  • awatar Zakira Luna: DZieję się dzieje! Czyta się bardzo szybko, czekam na ciąg dalszy- mam nadzieję że teraz będziesz już dodawać regularnie :)
  • awatar Kowalski, opcje!: co, dlaczego żałosne? mi się podobało. Na lepszy komentarz nie licz, bo cisną i idę zakuwać biologię do konkursu.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Rozdział VI

Czas wydawał się stanąć w miejscu. Mei czuła jak palące spojrzenie Błogosławionego rani ją. Z wysiłkiem przemogła się i spojrzała w różnokolorowe oczy.
- Bawi cię to? - warknęła. Jeśli ma tu umrzeć to chociaż powinna z godnością. Choć właściwie straciła ją z chwilą, gdy ten nieznajomy zapanował nad jej ciałem.
- Nie - jego odpowiedź była szczera. Przymknął hipnotyzujące oczy - Ale nie uciekniesz mi dopóki nie dowiem się paru rzeczy.
Jeśli myślał, że cokolwiek mu powie to grubo się mylił.
- Wyjaśnij mi o co tu chodzi? - nie zamierzała kulić się jak karny psiak.
- Usiądź - wskazał na ziemię i sam opadł opierając się o swojego mlecznookiego konia, który położył się opierając głowę na ramieniu swojego pana. Chłopak poklepał go machinalnie po chrapach.
Mei poczuła jak jej nogi robią się jak z waty i uklękła. Moc Błogosławionego nie pozwalała jej na jakikolwiek sprzeciw.
- Jesteś wnuczką Tadakiego Mishimori?
- Wywnioskowałeś to z faktu, że powiedziałam ci wcześniej, że moim ojcem jest Pride. Bystry jesteś.
Nie patrzyła na niego, ale wyczuła jego rozbawienie.
- Nie boisz się?
- Przeczuwam, że zabijesz mnie i tak - odparła siląc się na spokojny ton, choć serce tłukło się w piersi, a każdy oddech wzmagał strach.
- Dygoczesz jak króliczek we wnykach - wydawał się być z tego faktu zadowolony - Spójrz na mnie.
Z wysiłkiem uniosła głowę. Chciała go zabić za to, że zrobił z niej bezwolną marionetkę.
Ale dopiero teraz mogła przyjrzeć się mu z bliska i dostrzegła jego prawdziwe oblicze. Błogosławiony był niewątpliwie młodszy niż wzięła go na początku. Mógł dopiero ukończyć dwadzieścia lat. Jego twarz pozbawiona była jakiejkolwiek skazy, a przymknięte oczy nie sprawiały już tak przerażającego wrażenia. Szczery chłopięcy uśmiech odmienił jego oblicze nadając mu troszkę uroku, którego wcześniej nie dostrzegła. Długie czarne włosy miał związane na karku, ale kilka nieposłusznych kosmyków opadało na twarz.
- I co? - spytał przerywając jej kontemplacje na temat jego wyglądu.
- Wyglądasz jak kot, który patrzy na słońce.
Takiej odpowiedzi się najwidoczniej nie spodziewał bo zakaszlał zaskoczony, a oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Nie wyglądał tak groźnie jak wcześniej.
- W takich sytuacjach mówi się, że wygląda się pięknie. Nie jestem piękny? - to pytanie byłoby zabawne, gdyby nie fakt, że młodzieniec był szczery.
Przerażenie wyparowało zastąpione zażenowaniem. Gość, którego wzięła za niebezpiecznego dręczyciela był tylko zadufany w sobie wesołkiem.
- Co za wstyd! - jęknęła zanim zdała sobie sprawę, że wypowiedziała to na głos.
Błogosławiony uniósł brew.
- O co ci chodzi?
- Nie ważne - teraz była zła na siebie, że kontrolował ją taki idiota - Jak ci na imię?
Jej dziwaczny towarzysz wstał i wyprostował się.
- Pierwszy syn cesarza Sint, dziedzic tronu rodu Kimura, Akihiro Hayao Kimura.
Przeklęta spojrzała na niego zaskoczona. Kąciki ust zaczęły jej drżeć, kiedy patrzyła na poważne oblicze różnookiego. Choć wiedziała, że popełnia błąd zaczęła się śmiać.
- Co cię bawi? - zdziwiony głos z góry tylko nasilił atak śmiechu. Mei upadła na trawę zaciskając dłonie na brzuchu, a z jej oczu popłynęły łzy.
- Takiej głupoty nie słyszałam dawno - odparła nie mogąc przestać chichotać. Topaz prychnął spoglądając na nią. Jego pełne dezaprobaty spojrzenie wyrażało politowanie w stosunku do swojej pani.
- Głupota? - głos rzekomego Akihiro podniósł się o kilka tonów - Mówię prawdę, więc nie śmiej się potworzyco.
Uwolniona od jego rozkazów dziewczyna podniosła się i chwyciła wczesnej upuszczony sztylet. Zmrużyła oczy spoglądając na niego z pogardą.
- Nie uwierzę, że cesarski syn służy władcom Northen. Głupie zagranie.
Jej słowa starły resztki radości z jego twarzy. Zmarszczył brwi. Zdjął z reki pierścień i rzucił w nią. Mei złapała ciężki sygnet. Nie różnił się niczym szczególnym od innych ozdób bogaczy. Obróciła go gdy w środku błysnął jej srebrny znak. Przyjrzała się uważnie. Przedstawiał on maleńkiego ptaka z misternie wykonanym długim ogonem.
- To feniks - mruknął usłużnie Błogosławiony - Znak rodu…
- Kimura - mruknęła pod nosem Przeklęta. Miesiąc wcześniej jej dziadek kazał się nauczyć wszystkich symboli najważniejszych państw Wschodu. Feniks symbolizował Sint.
- W porządku - zwróciła Akihiro jego własność - Wasza cesarska mość miała rację - dodała niechętnie.
- Nie jestem żadną "cesarską mością". To mój ojciec - uśmiechnął się młodzieniec zakładając sygnet - Jestem po prostu Aki.
- To dla mnie zaszczyt. Dowiem się w końcu czemu mnie zmuszasz do tego bym tu stała? - spytała trochę grzeczniejszy tonem. Jak na razie dowiedziała się od niego, że jest carewiczem i zadufanym w sobie narcyzem. A wątpiła czy dręczył ją tylko po by zaczęła wychwalać jego urodę.
- Tak, dzika Mei. Chcę byś zabrała mnie na posiedzenie Czarnej Róży - oczy Akiego wyrażały wyrachowanie i chłodną inteligencję. Te dwa oblicza Błogosławionego zaczęły ją niepokoić. Ale bardziej zastanawiający był fakt skąd w ogóle wie on o tej organizacji. Tadaki twierdził, że wiedzę o niej posiadają tylko zaufani członkowie. Jego wnuczka nie miała jeszcze wstępu na ich obrady, więc nie wiedziała na czym to polega. Dziadek milczał na ten temat.
- Przykro mi - postanowiła nie pytać skąd w ogóle wie o Czarnej Róży - Mam zakaz wstępu, więc ci nie pomogę. Nawet gdyby chciała.
- Mei - nadąsany głos chłopca z wyższych sfer działał jej na nerwy. Przymilny uśmiech kontrastował z twardym spojrzeniem.
- Nie - cofnęła się, gdy podszedł bliżej. Zerknęła na Topaza, który spokojnie pasł się nie zwracając na nią uwagi. Skoczyła w jego stronę i z rozpędu wskoczyła na jego grzbiet. Ale zanim złapała wodze poczuła, że traci równowagę i ześlizgnęła się po boku konia uderzając głową w ziemię. Oszołomiona próbowała się podnieść, ale jej stopy wciąż tkwiły w strzemionach siodła, które teraz przekręciło się na brzuch konia.
Akihiro przykucnął nad nią rozbawiony.
- Myślałaś, że tak sobie zwiejesz? Jesteś nieostrożna, potworzyło.
Upokorzenie zalało ją gorącą falą. Musiała wyglądać naprawdę głupio zwisając do góry nogami pod koniem.
- Co ty zrobiłeś? - próbowała się uwolnić, ale od uderzenia kręciło się jej w głowie.
- Poluzowałem popręg. Łatwo mona przewidzieć co zrobisz - nie zwracając uwagi na jej protesty pomógł jej się wyplatać i siłą postawił na nogi - Nie żartowałem. Chcę zapoznać się z członkami Czarnej Róży. Mam im coś do przekazania.
- Idź z tym do mojego dziadka - odparła potworzyca poprawiając siodło. Zacisnęła popręg tak mocno, że Topaz spojrzał na nią z wyrzutem.
- Sadystka - dobiegł ją głos carewicza - Nie mogę pójść do twojego dziadka bo mnie zabije. Tobie się to nie uda, dlatego zwracam się do ciebie.
Mei upewniła się, że wszystko jest w porządku z siodłem i odwróciła się do miauczącego cudaka.
- Pomyślę, ale za darmo nic nie ma - uśmiechnęła się do niego. Upuściła na ziemię swoją srebrną bransoletkę, prezent od Caroline.
Jak przewidziała Aki pochylił się by podnieść błyskotkę, a wtedy z całej siły trzasnęła go łokciem w czaszkę i nie patrząc na niego złapała Topaza za lejce. Tym razem bez problemu wskoczyła na siodło i uderzyła piętami boki zwierzęcia zmuszając do biegu. Dobiegły ją urwane przekleństwa i odwróciła się. Aki wstał chwiejnie rozmasowując czaszkę. W ręce trzymał bransoletkę, które pozwoliła jej uciec. Wrzasnął coś za nią, ale dziewczyna zasłoniła uszy zanim dobiegły ją słowa.
- Do domu - krzyknęła na złocistego rumaka, który posłusznie skierował się do miasta zostawiając w tyle Błogosławionego.
- Będą kłopoty - mruknęła ciszej, gdy oddalili się na bezpieczną odległość od chłopaka.

Gdy dotarła do bram było już zupełnie ciemno. A miała wrócić przed zmrokiem….
Zaprowadziła Topaza do jego boksu i oddała w opiekę chłopcu stajennemu, który patrzył na nią jak na jakieś dziwadło. Zignorowała dziecko i ruszyła do swoich pokoi. Była brudna i obolała. Warkocz dawno się rozpadł i teraz miała na głowie ptasie gniazdo. Kopniakiem otworzyła drzwi.
Stanęła zaskoczona w drzwiach.
- Co się dzieje? - spytała dziadka, który wstał z fotela.
- Droga wnuczko - zaczął ciepłym tonem, ale jego zielone oczy ciskały gromy - Poznaj proszę hrabinę Josephine Montiachi - odezwał się głośno, a potem szeptem dodał - Która czeka na ciebie od dwóch godzin, głupia.
Mei przeklęła się w duchu. Na śmierć zapomniała o spotkaniu z macochą Leona. Ukłoniła się siwowłosej kobiecie siedzącej w fotelu, czując jak policzki palą ją ze wstydu. Wyglądała jak prymitywna imitacja człowieka.
- Mei Mishimori? - nosowy donośny głos kobiety miał arystokratyczny akcent - To ty jesteś tą Przeklętą, która ma służyć księciu?
- Tak, proszę pani. Miło mi….
- Hańba! - Joshepine przerwała jej w pół zdania i spojrzała na nią surowo - Nie wstyd ci dziewczyno wyglądać jak ulicznica? Ty masz reprezentować godność swego ojca?
Dziewczyna uniosła głowę nie wiedząc co powiedzieć.
- Przepraszam - wyjąkała w końcu.
Dostojna matrona westchnęła ciężko.
- Będę miała masę pracy z tobą dziecko.
- Pracy? - dziewczyna kompletnie nie wiedziała o co chodzi.
- Hrabina Montiachi zgodziła się zostać twoją nauczycielką, Mei - wyjaśnił Tadaki.
- Przecież ty mnie uczysz - nie wyobrażała sobie statecznej damy wymachującej mieczem i skaczącej po drzewach.
- Służba jego wysokości Linowi to nie tylko bezmyślne walczenie - Josephine wstała i spojrzała na starca - Bez urazy oczywiście.
Tadaki skinął głową.
- Służenie władcy obejmuje szerszy wymiar nauk. Zapewne dziadek ci to mówił - kontynuowała kobieta - Ród Mishimori występuje również jako służba dyplomatyczna i wysłannicy w najdalszych zakątkach świata. To zadanie jest zlecane głownie kobietom ze względu na naszą szerszą perspektywę dostrzegania problemów i rozwiązywanie konfliktów metodą pokojową.
- Nasze? Rozumiem, że pani też jest strażniczką? - Mei wytrzeszczyła oczy.
- Nie - krzywy uśmiech zniekształcił surowe oblicze kobiety - Ale kiedyś byłam dyplomatką i wraz z twoim dziadkiem jeździłam po świecie w imieniu ówczesnego władcy, ojca Lina. Stare dobre czasy, nie uważasz Tadaki?
- Bezcenne wspomnienia - westchnął starzec i przeniósł wzrok na wnuczkę - Od teraz trening będzie dwa razy ostrzejszy. Będziemy wymagać od ciebie największego poświęcenia i wysiłku. Musimy być gotowi do ślubu lady Caroline z księciem. Istnieje obawa, że władcy Northen zamierają zaatakować młodą parę i zabić Przeklętych. Jako najbliżsi ludzie księcia pójdziemy na pierwszy ogień, Mei.
- Rozumiem - potworzyca wyprostowała się lekko. Już czuła zmęczenie na myśl o tym, ale nie miała już żadnego wyboru. Tak czy owak Błogosławieni będą chcieli ją unicestwić.
"Czy szlachcica nie interesuje jakiej krwi jest jego pies?"
Słowa Shi-ne powróciły do niej nabierając nowego znaczenia. Jeśli pozwolą Błogosławionym zarządzać Rithistad w najlepszym wypadku staną się psami nowych władców.
- Zbladłaś dziewczyno. Dobrze się czujesz? - w głosie kobiety zabrzmiała troska.
Mei uśmiechnęła się.
- W porządku. Lepsze to niż małżeństwo.

Gdy pożegnała się z hrabiną Montiachi i dziadkiem nareszcie mogła rozluźnić się i odpocząć. Poprosiła Olivię by przyniosła jej do pokoju posiłek i udała się łaźni zmyć z siebie kurz. Tym razem dopilnowała by woda była odpowiednio ciepła. Rytuał oczyszczania pozwalał się jej zrelaksować i odpocząć po wykańczającym dniu. Dopiero teraz zaczęła odczuwać ból mięśni i ran, które paliły żywym ogniem. Miała przeczucie, że następny dzień będzie naprawdę ciężki.
Gdy w końcu z trudem wyszła z kąpieli poczuła, że ogarnia ją błoga senność. Miała tylko kilka godzin by nadrobić braki we śnie i zamierzała je wykorzystać w pełni. Nie troszczyła się już by rozczesać włosy, które przedstawiały się jeszcze żałośniej niż przed myciem. Zarzuciła cieniutką koszulę, która nie sięgała jej nawet do połowy uda i udała się do swojej sypialni mając nadzieję, że danie wyproszone u służącej jest smaczne. Otworzyła drzwi i uderzył w nią podmuch chłodnego nocnego powietrza. Olivia nie zamknęła zapewne okna. Mei zamknęła je z powrotem i odwróciła się w stronę łóżka.
Zamrugała parę razy nie rozumiejąc co widzi.
Na jej pięknej pościeli siedział z podwiniętymi nogami czarnowłosy młodzieniec, którego długie pasma opadały na plecy targane łagodnymi podmuchami wiatru.
- Co? - jęknęła zaskoczona Mei, a intruz podniósł głowę znad parującej miski.
- Cześć - odezwał się z pełnymi ustami i uśmiechnął szeroko. Z trudem przełknął spory kęs potrawki - Zgłodniałem trochę, nie gniewasz się?
- Jak mnie znalazłeś? - Mei chciała się cofnąć do drzwi.
- Stój - odparł wesoło chłopak, a rozpuszczone czarne włosy odsłoniły jego zimne oczy - Nie myśl sobie, że możesz tak uciekać przede mną, Mei - wymruczał zadowolony Akihiro.

* * * * *

Przepraszam, że tak kaleczę tu ortografię i interpunkcję, ale jeszcze jestem nieprzytomna
  • awatar Zakira Luna: A tam, brak jednej kolacyjki jeszcze nikomu nie zaszkodził XD
  • awatar Paula ;33333: Świetne! *.* Wbijaj do mnie ;)
  • awatar Kowalski, opcje!: A wiesz, ze jakoś na błędy nie zwróciłam uwagi? Hehehe, Mei pozbawiona kolacji. współczuję jej. zapraszam do siebie na nowe rozdziały i informacje o fanfiction ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Wracam do opowiadania o Mei, bo za rzadko wstawiam rozdziały. Wybaczcie moje karygodne błędy, ale padam na twarz.

Rozdział V

- Olivio, przestań proszę - Mei niemal wrzasnęła, gdy jej opiekunka polała ręce piekącym roztworem. Palce jej się trzęsły, ale na szczęście po chwili skaleczenia ponownie zaczęły krwawić wypłukując zanieczyszczenia.
- Jak mogła panienka zostawić rany nieodkażone? - stara służąca patrzyła na dziewczynę z naganą - W tym klimacie nie trudno o zakażenie. Chciałabyś by musieli amputować ci dłonie, z powodu własnej głupoty?
Mei spojrzała na nią przepraszającym wzrokiem. Od kiedy przybyła do Danarosso nieustannie była sforsowana przez energiczną staruszkę. Życie na Wschodzie różniło się znacznie od takiego, jakie prowadziła w swoim niegdysiejszym domu. Po części to była wina reżimu, który narzucił jej dziadek jednak zauważyła, że wszyscy mieszkańcy mają specyficzną tradycję i inne podejście do życia niż ludzie z Zachodu. Tu wszyscy, bez szemrania wstawali wcześnie oddając się swoim obowiązkom, nieważne, czy było się hrabią, czy zwykłym rolnikiem.
- To co tym razem było? - Olivia westchnęła obracając nadgarstek podopiecznej na którym widniały ciemne siniaki.
- Tadaki kazał mi się wspinać po linie - westchnęła Przeklęta, czując nieznośny ból barku. Ćwiczyła dopiero od trzech miesięcy i jej mięśnie wciąż były słabe. Już nie mówiąc o strachu, który towarzyszył jej podczas ćwiczeń. Dziadek naprawdę się starał, by jego wnuczka opanowała wszystkie umiejętności w jak najkrótszym czasie. Musiała codziennie jeździć konno, na swoim nowym wierzchowcu, który był narowisty, niepokorny i wielką radość sprawiało mu zrzucanie właścicielki z siodła.
- To specjalny gatunek - powiedział jej kiedyś stajenny - Te konie są uparte i dzikie, jednak należą d najbardziej wytrzymałych i mądrych. Trzeba je tylko przekonać do siebie.
Jak na razie dziewczyna nie zaskarbiła sobie sympatii izabelowatego rumaka o imieniu Topaz. Złocisty koń traktował ją jak intruza.
Oczywiście opieka nad zwierzęciem była jedynie wierzchem góry lodowej. Tadaki od samego początku traktował swą uczennicę surowo i był bardzo wymagający. Zdumiewające jak jego zielone oczy nabierały groźnego charakteru, gdy stał z ostrym mieczem pokazując jej pchnięcia i parowania. Jej własny miecz był doskonale wyważony i cienki, dzięki czemu mogła go używać. Piękne złociste ostrze niestety na czas ćwiczeń zostawało w komnacie, lepiej nadawało się na przyjęcia niż tarzanie po brudnej ziemi. Ćwiczenia z długim ostrzem należały do najprzyjemniejszych. Poza nim musiała opanować walkę krótkimi nożami i strzelanie z łuku. Ale największą uwagę starzec przykładał do walki wręcz.
- Nidy nie możemy być pewni, kiedy nastąpi atak i jaki będzie miał charakter. By służyć naszemu władcy musimy być wszechstronnie wykształceni. Poza walką i zabijaniem musimy rozwijać się też od strony nauki. Służymy księciu Linowi jako doradcy i tłumacze. Nasza pozycja w Rithistad jest wysoka dzięki przychylności władcy. Tylko dlatego jesteśmy w miarę chronieni przed Błogosławionymi.
Uwielbiani przed lud Błogosławieni rozpanoszyli się po włościach księcia, korzystając z przywileju swojego władcy. O ile poddanych Lina Mei ignorowała, to przybyszów z Northen unikała jak tylko się dało. Zwłaszcza Shi-na, który korzystał z każdej okazji by ją upokorzyć.
- Denerwuje mnie to, że kpią z nas, wiedząc, że nie możemy im nic zrobić - mruknęła kiedyś, gdy jacyś młodzi różnoocy przebiegli obok nich wyzywając od psów króla.
- Jego Wysokość zabronił nam wdawać się w sprzeczki z nimi. Nie chce doprowadzić do umocnienia wrogich relacji między naszymi państwami. Król Set z Northen traktuje Błogosławionych jak własne dzieci. Nie możemy im nic zrobić - Tadaki spojrzał surowo na wnuczkę - Pod żadnym pozorem nie dawaj mi pretekstów, do tego by zwrócili się do swego króla.
Tak więc robiła. Zresztą i tak dużo czasu nie miała by spacerować po pałacu, bo ćwiczenia zajmowały jej cały dzień, a potem wracała do swoich pokoi i i od razu zasypiała. Jednak nie mogła narzekać. Nie chciała dawać ludziom powodu by nazywali ją pasożytem, a jeszcze bardziej nie chciała wracać do Trias. Niechybnie matka zmusiłaby ją do małżeństwa…
Z rozmyślań wyrwała ją Olivia, która zaczęła bandażować pokaleczone ręce.
- Nie trzeba - mruknęła Mei. Opatrunek mógł przeszkodzić jej w treningu, a ostatnie o czym marzyła to zrzędzenie dziadka.
- Mam ją przytrzymać i zakneblować Olivio? - dziarski głos wyrwał potworzycę z otępienia.
- Leon, czy ty zawsze musisz wchodzić bez pukania? - westchnęła odwracając się do przybysza.
Wicehrabia zmrużył oczy.
- Znowu dziecko sobie kuku zrobiło? Doprawdy nie wiem jak Tadaki z tobą wytrzymuje na treningach. Od początku ćwiczeń nazbierałaś więcej siniaków niż ja przez całe życie.
- Co panicz tu robi? - służąca wyprostowała się z cichym jękiem i zebrała zakrwawione chustki i środki dezynfekujące.
- Od przybycia świty z Northen służba nie ma czasu na nic i najwidoczniej zostałem chłopcem na posyłki - mina Leonarda mówiła sama za siebie, co myśli o tak niegodnej roli. Wyjął zza połów płaszcza plik listów - To do Mishimori. Przekażesz dziadkowi? - podał dziewczynie.
- W porządku - dopiero teraz zauważyła, że ubrany jest jak do podróży - Wyjeżdżasz gdzieś?
- Tak, wracam do hrabstwa ojca. Muszę mu pomóc ogarnąć lenna i rozdzielić ziemię między rolników. Wrócę dopiero na ślub księcia z lady Caroline.
- Szkoda - Leon był jedną z niewielu osób, które rozmawiały z nią bez skrępowania i pogardy - Nudno będzie bez twoich złośliwości - uśmiechnęła się.
- No ja myślę. Do zobaczenia, Mei - skinął głową i wyszedł.
- Przypadłaś paniczowi do gustu - Olivia podeszła do stołu i zaczęła energicznie go przecierać ściereczką.
- Naprawdę? - Mei uniosła sceptycznie brew - Tak, pan hrabia, ma się na kim wyżyć.
- Niech panna nie żartuje. Jeszcze panicz się oświadczy i wylądujesz w ślubnym kobiercu zaraz po lady Caroline.
- Olivio, proszę cię. Jestem tu trochę ponad trzy miesiące i nawet nie myślę o ślubie. Mam służyć władcy, a nie mężowi. Muszę się skupić na nauce.
- Te dzikie włosy będą kusić wielu mężczyzn - Olivia zaczęła splatać niesforne kosmyki w warkocz - Lepiej byłoby, gdybyś miała męża.

Kilka godzin później dziewczyna wraz z Tadakim ćwiczyła. Słońce niemiłosiernie parzyło odsłoniętą skórę, a ziemia pod stopami wydawała się być rozgrzana do czerwoności. Pot zalewał oczy dziewczyny, a jej ciosy nie dosięgały starca który pomimo wieku był szybki jak wąż. Dopiero po godzinie udało się jej dosięgnąć kopniakiem ramienia wojownika i wtedy dopiero zarządził przerwę.
Usiedli w cieniu rozłożystego drzewa rosnącego na rogu placu.
- Nie daję sobie rady - wyzipała wykończona dziewczyna - Jak na staruszka, jesteś szybki, dziadku?
Tadaki spojrzał na nią krzywo.
- To efekt treningów i odmiennego stylu życia. Starość na Zachodzie wygląda inaczej, prawda?
- Ta tam tylko się narzeka i leży całymi dniami - Mei przywołała obrazy codzienności z Trias - Starość to wieczne zrzędzenie.
- U nas jest inaczej. Każdy etap życia jest dla nas ważny. Panują tu surowsze zasady, ale jednocześnie jest tu lepiej niż tam.
Mei westchnęła zadała pytanie, które ją gryzło od rozmowy z Olivią.
- Czy mogłabym normalnie wyjść za mąż i jednocześnie pracować?
Tadaki spojrzał na nią, a szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy.
- Dopiero co uciekłaś od małżeństwa, a teraz zmienisz zdanie? Ktoś ci się oświadczył?
- Nie - dziewczyna zaprotestowała gwałtownie czując jak palą ją policzki - Na szczęście nie. Ale chciałabym wiedzieć…
- Czy jeśli ktoś poprosi mnie, jako twojego dziadka, o twoją rękę możesz się ze mną nie zgodzić? Owszem.
- Na prawdę ?
- Jesteś moją wnuczką, a nie niewolnicą. Myślę, że sama powinnaś już decydować o tym jak chcesz pokierować swoim życiem. Wystarczy, że wiąże nas przysięga z władcą. Bardziej krępować cię już nie chcę.
- Cieszę się, że tak mówisz - dziewczyna poczuła, że ulżyło jej. Była bardziej niezależna niż sądziła
- O coś jeszcze chciałaś spytać?
- Kiedy zakończę trening?
Dziadek uniósł brew sceptycznie.
- Strasznie ci się spieszy. Dopiero go zaczęłaś…
- Wiem, ale wolałabym wiedzieć ile czasu może mi to zająć.
- Całe życie, Mei. Nigdy nie kończymy treningu, bo nigdy nie osiągamy doskonałości. Ćwiczymy, aż do śmierci.
- Źle sformułowałam pytanie. Kiedy zacznę na poważnie pracować?
- Kiedy uznam, że jesteś gotowa. No na dzisiaj koniec, muszę sprawdzić listy, które i przyniosłaś. Weź Topaza na przejażdżkę, przyda mu się trochę ruchu.
- On mnie nie lubi - skrzywiła się Przeklęta na samą myśl o wsiadaniu na grzbiet nerwowego wierzchowca.
- To twój jedyny koń. Potratuj go uprzejmiej, a zobaczysz, że nie jest tak zły.
- W porządku - wstała i pochyliła głowę - Dziękuję dziadku.
- Nie gadaj bzdur. Chyba za mało cię bolą ręce skoro wygadujesz. Idź już, tylko wróć przed zmrokiem. Hrabina Montiachi przybyła i chce się z tobą spotkać.
- Montiachi… - nazwisko coś mówiło dziewczynie jednak niezbyt wiedziała co.
- Macocha Leonarda. Bardzo surowa kobieta, więc nie waż się spóźnić. Bądź w zamku już przed dziewiątą.
- Dobrze. Do zobaczenia.
Biegiem wpadła do swojej komnaty i zrzuciła ubrania treningowe. Wciągnęła szybko ciemnozielone szarawary i krótką bluzkę n którą narzuciła czarny płaszcz. Do paska przytroczyła sztylet, jednak miała nadzieję, że nie będzie jej potrzebny. Wybiegła z pokoju tak szybko jak wbiegła.
W stajni stał jej złocisty rumak o kremowej grzywie i wyjątkowo złośliwym usposobieniu. Od razu, gdy ją zobaczył zaczął parskać i kulić uszy.
- Spokój - dziewczyna podeszła do jego boksu i wyciągnęła rękę z jabłkiem - Dostaniesz jeśli będziesz grzeczny.
Topaz spojrzał na owoc z zainteresowaniem. Wcześniej stajenny wyjaśnił jej, że ogier przepada za takimi przysmakami, więc postanowiła go przekupić.
- No zjedz - Mei przysunęła rękę do jego rozdętych chrap - Bądź grzecznym chłopcem.
Pokusa wygrała i jabłko zniknęło między potężnymi zębami. Zwierzę spojrzało na dziewczynę z nadzieją, ale zignorowała jego spojrzenie i założyła uzdę i siodło, korzystając z okazji, kiedy Topaz szukał jedzenia.
Z dużym trudem wyprowadziła izabelowatego konia na zewnątrz i poklepała po szyi. Koń skulił uszy i pokazał zęby.
- Jabłuszko? - Mei zamachała kolejnym owocem przed oczami rumaka, który prychnął oburzony, ale wziął owoc i pozwolił jej wsiąść na swój grzbiet.
- Łatwo cię przekupić - uśmiechnęła się zadowolona Przeklęta i ściągnęła wodze - Pokaż mi, czy naprawdę jesteś godny pochwał, którymi cię obdarzył chłopiec stajenny.
Topaz zawrócił w miejscu i pomknął galopem do bramy. Dziewczyna pochyliła się w stronę jego szyi. Pokierowała go w stronę wejścia do miasta i po chwili znaleźli się poza murami. Mei postanowiła zaufać wierzchowcowi, który w przeciwieństwie do niej znał doskonale tutejsze tereny.
- Mam nadzieję, że nie zawleczesz mnie gdzieś daleko - poluzowała trochę wodze dając zwierzęciu możliwość wyboru kierunku.
Topaz biegł z gracją niemal nie dotykając ziemi. Długa grzywa falowała na wietrze, gdy skręcił z głównej drogi na trawiaste pola. Choć wciąż zmieniał krok próbując zrzucić Mei z grzbietu, nie było to tak narowiste jak wcześniej. Fakt, że może biec tam gdzie mu się podoba najwyraźniej sprawiał mu przyjemność.
Szkarłatne słońce zalewało łąki blaskiem, zmieniając zwykłe kwiaty w migoczące klejnoty. Jednak potworzyca nie umiała się nimi zachwycać tak jak kiedyś. Zbyt długo przebywała w towarzystwie surowego i prostego Tadakiego, który piękno widział w skromności.
Koń w końcu zwolnił do lekkiego elegancko stepu, pokazując swą rasową krew. Uwolniony od budynków i natłoku ludzi wydawał się ignorować dosiadającą go osobę i łapał ulotne chwile swobody.
Mei rozluźniła się widząc, że Topaz zapomniał o jej istnieniu i życiowym celu zrzucenia jej na ziemię i zadeptania. Spojrzała na niebo, które przybrało barwę różu i pomarańczy. Krążył na nim sokół niewątpliwie czyhając na nieostrożne gołębie, które przefruwały swawolnie nad ziemią. Nie zauważyła jak od strony lasu wyjechał jeździec.
Dopiero ciche parsknięcie wierzchowca odwróciło jej uwagę od pierzastego myśliwego. Spojrzała za siebie dostrzegając ciemnego konia przedzierającego się przez zarośla. Mignął jej srebrny pancerz postaci, która siedziała w siodle.
- Kurcze - stała pośrodku szczerego pola, a kolor jej konia aż krzyczał z daleka swą jasną barwą. Jej podejrzenia się sprawdziły i tajemniczy jeździec skierował się w jej stronę.
W myślach przypomniała sobie jedno z pouczeń Tadakiego:
" Jeśli nieznany ci jeździec kieruje się w twą stronę nie uciekaj, zwłaszcza jeśli uzbrojony jest w łuk. Z łatwością ci zestrzeli. Pozwól mu zbliżyć się na bardzo bliską odległość. Jeśli wykaże wrogi zamiary po prostu zwal go z siodła i dopiero wtedy uciekaj. Jeśli walczysz o życie nie ma czasu na honorową walkę, musisz korzystać z sztuczek i podstępu."
Teraz słowa dziadka nie brzmiały tak mądrze jednak zawróciła wierzchowca i wyjechała naprzeciw obcemu. Zatrzymała się na odległości pięciu metrów.
- Stój - odezwała się pierwsza podnosząc do gór otwartą dłoń - Chcę widzieć twoją twarz.
Uspokoił ją nieco fakt, że przy siodle miał zawieszone ubite kuropatwy. Mógł to być jeden z pobliskich myśliwych.
Jednak, gdy nieznajomy odrzucił kaptur zrozumiała, że się pomyliła.
Spojrzała w różnokolorowe oczy. To był ten sam chłopak, którego spotkała na przyjęciu. Jedno oko miał w kolorze księżyca, drugie jak zimny lód. Jego przenikliwy wzrok kaleczył ją i nie pozwalał się przyglądać.
- Witaj panie - mruknęła nie chcąc zwady z Błogosławionym. Szarpnęła cugle i zmusiła konia by ominął potężnego wierzchowca o mlecznych oczach. Topaz parsknął i skulił uszy pod adresem konia. Najwidoczniej teraz zamierzał być solidarny z właścicielką.
- Stój - jego cichy głos człowieka nieznoszącego sprzeciwu był tak samo zimny jak oczy. Odwróciła się do niego unikając spojrzenia.
- Nie chcę konfliktu - mruknęła cicho, jednak jej dłoń zacisnęła się mimowolnie na sztylecie. Wiedziała, że jeśli zaatakuje go, wina spadnie na jej stronę i czeka ją topór kata. W końcu ulubieńcy ludzi mieli znacznie wyższą pozycję niż psy księcia.
- Shi-ne twierdził, że jesteś dzika jak lisica, ale widz tylko tchórzliwego zająca - jego głos ociekał sarkazmem - Na dodatek głupiego.
Kiedyś Mei nie zniosłaby takiego traktowania, jednak teraz przyzwyczaiła się do tego.
- Czy wszyscy Błogosławieni czerpią radość z wyżywania się na kobietach? Krótko tu przebywam, ale doprawdy ciekawe macie zwyczaje.
Wzrok czarnowłosego młodzieńca stwardniał.
- Czy naprawdę wszyscy mieszkańcy Zachodu traktują zwierzęta z takim okrucieństwem jak ty? - zripostował.
- Słucham? - zaskoczona zapomniała o tym, że powinna uciekać.
Różnooki zsiadł z konia i podszedł do jej wierzchowca.
- Zsiadaj - warknął łapiąc uzdę tuż przy pysku. Gdy próbowała zaprotestować złapał ją za ramię i niemal zrzucił z konia - Nie wyrywaj się, idiotko - syknął niemal wykręcając jej nadgarstek - popatrz.
Pokazał jej metalowy łańcuszek przy popręgu, który służył do przypinania miecza.
- Widzisz, potworzyco? Jeszcze trochę, a spowodujesz otarcia na brzuchu konia. Te zwierzęta są bardzo delikatne - powoli odplątał metalowe ogniwa i przypiął na właściwe miejsce przy łęku.
Mei stała lekko zmieszana zachowaniem Błogosławionego. Wprawdzie potraktował ją niemal jak szmatę, ale przynajmniej jako jedyny miał ku temu powód. Jednak z żalem spojrzała na Topaza, który spokojnie stał pozwalając chłopakowi poprawiać siodło. Miała nadzieję, że chociaż ugryzie go w ramię, albo nadepnie na stopę. Zdrajca i to po tych pysznych jabłkach, którymi go poczęstowała.
- Gotowe - Błogosławiony poklepał złocistą sierść konia i odwrócił się do niej - Piękny koń, ale szkoda, ze go tak traktujesz.
- Przepraszam - wymamrotała zanim zdała sobie sprawę co robi.
- Jego przeproś.- westchnął zirytowany młodzieniec - Jak się nazywasz, potworzyło?
- Mei z klanu Mishimori - dziewczyna wyprostowała się. Zapomniała, ze powinna godnie reprezentować dziadka.
- Córka Pride'a? - uniósł pytająco brew, a gdy przytaknęła westchnął - Podobieństwa nie widać. On umiał zająć się swoim wierzchowcem.
- Dlaczego tak dbasz o konie? - nie mogła się powstrzymać od pytania.
- Są mądrzejsze od ludzi - odparł spokojnie. Jego wzrok przesuwał się po jej sylwetce z taką samą beznamiętnością jakby patrzył na nieciekawy głaz.
Odwróciła się od niego i złapała lejce.
- Wybacz panie, ale ja już muszę wracać.
- Nie - jedno słowo sprawiło, ze zastygła w bezruchu.
- Nie?
- Odwróć się, Mei - jego słowa ociekały złośliwością, ale ton zmusił ją by wykonała polecenie.
- Co ty robisz? - syknęła nie wiedząc czemu jej ciało tak reaguje.
Ziemne oblicze Błogosławionego wykrzywił uśmiech pełen okrucieństwa.
- Poznaj naszą siłę.
Mei chciała wyciągnąć sztylet jednak nie mogła wykonać żadnego ruchu. Poczuła, że trwoga powraca z wzmożoną siłą.
Dopiero teraz poznała na czym polega władza Błogosławionych.
  • awatar Zakira Luna: Super, rozdział dużo się dzieję, ale tutaj wyhaczyłam już kilka drobnych błędów...nie wytknę ci ich tutaj, ponieważ obroniłaś się świetnymi dialogami :D
  • awatar Lisa Angels: Bardzo długo się zastanawiałam co ci napisać w tym komentarzu, ale dosłownie brak mi słów. Cudo. Chyba ten błogosławiony przypadł mi do gustu, ale czemu? Nie wiem... no nic czekam na dalsze części :D
  • awatar Zorena: O, nareszcie! Żal mi Mei, Przeklęci nie mają łatwo. Osobiście bardzo nie lubię Błogosławionych, szczerze to bym te ścierwa wybiła... ale to tylko moje poglądy ;) No to co? Czekam na następny :p
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 

Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy wyrzucają zwierzęta, kiedy okazują się dla nich przeszkodą

Mój potworny rudzielec to podrzutek, który komuś właśnie był zbędny. A dla mnie najwspanialszy kociak na świecie ( choć tyran okropny )
Szkoda tylko, że tak wielu ludzi traktuje zwierzęta jak zabawki, którymi można się pobawić i porzucić...
  • awatar Kowalski, opcje!: Ja bym jeszcze dodała "nie mieli czasu się mną opiekować". znam taką jedną, co na całe dnie jeździ do swojej matki, do sąsiedniej wsi. Kobieta jest dorosła, ma dzieci i ostatnio wzięła suczkę, bo córka chciała mieć zwierzątko. Na początku jeszcze z nią chodziły na spacery, a teraz wychodzą z domu o wpół do ósmej około, a wracają o dziewiątej wieczorem i suczka trzynaście godzin siedzi sama. I jeszcze zamykają ją w łazience, żeby nic nie pogryzła. Ta dziewczyna mówiła tak mojej siostrze. Czasem młodsze rodzeństwo się przydaje, jak trzeba przeprowadzić dyskretne śledztwo. Ja nie rozumiem, jak można tak robić psu? Rano i wieczorem na siku i ani jednego długiego spaceru w ciągu dnia, bo ich nie ma w domu. Ja bym nigdy nie zrobiła czegoś takiego swojemu Skipperowi, chociaż czasem naprawdę nieposłuszny z niego psiak.
  • awatar Shanel: Właśnie...biorąc zwierzęta zobowiązujemy się do opieki nad nimi...to poważna decyzja, którą trzeba przemyślec.
  • awatar Kalina Pe: Mam 3 przygarnięte koty są nieznośne, ale je kocham nad życie. Planuję posiadać dziecko i dowiadywałam się co zrobić jak będzie miało alergię na sierść, bo oddanie kotów na samym wstępie odpada. Dowiedziałam się , że jest płyn którym smarujesz zwierzaka. Jeszcze go nie szukałam, ale podobno działa.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Niepokonani: " Początek wiosny"

Po burzy nastał wyjątkowo chłodny ranek. Wilgotne powietrze osiadło na latarniach pod postacią rosy, a na ziemi woda zebrała się w dużych kałużach. Pierwsza wiosenna burza była gwałtowna, ale nie narobiła większych szkód w Centrum. Obyło się bez ofiar kapryśnej pogody.
Była jeszcze wczesna godzina i większość ludzi smacznie spała w swych ciepłych, wygodnych domach odpoczywając po wczorajszym dniu.
Tylko jedna osoba była na tyle zdesperowana by wyjść z domu w tę nieprzyjemną aurę. Młody mężczyzna biegł pustą ulicą miarowo wybijając nogami tempo. Poruszał się jakby ruch nie sprawiał mu wysiłku. Kończyny poruszały się niemal mechanicznie, gdy pędził przed siebie z gracją wilka. Dopiero z bliska można było dostrzec, że walczy o każdy oddech, a mięśnie drżą z ciągłego napięcia.
Nick nie wiedział ile już drogi przebył, ale miał wrażenie, że w jego płucach wrze lawa. Każde ścięgno naszpikowane było milionami igieł i nawet najmniejszy ruch powodował cierpienie. Dawno nie czuł się tak normalnie. Porządny wysiłek fizyczny pozwalał mu poskładać chaotyczne myśli i uspokoić się. Naciągnął kaptur bardziej na twarz i włożył w bieganie jeszcze więcej energii. Choć był ifrytem ćwiczenia dalej go męczyły choć w mniejszym stopniu niż kiedyś. Cieszył się z tego, że jego ciało wciąż reaguje w podobny sposób jak wcześniej. Dzięki temu mógł udawać, że śmierć nie miała miejsca.
Skręcił w kolejną ulicę wpadając w kałużę. Wyrwało mu się niezbyt przyzwoite wyrażenie, gdy w butach zachlupotała woda. Zimno i wilgoć były zdecydowanie czymś, czego nie lubił od czasu przemiany w ifryta. Ogień i woda był sobie przeciwstawne.
Odetchnął głębiej czując się jakby coś chciało rozerwać go od wewnątrz. Zbyt dużo czasu minęło od ostatniego porządnego treningu. To przerażające jak mimo ostatnich wydarzeń zaczął się obijać. Przecież samym ogniem nie wygra, zwłaszcza kiedy nawet nie potrafi nad nim w pełni zapanować. Wczorajsza walka z Holly nie doprowadziła do niczego dobrego. Nie mógł jej zaatakować z całej siły, zbyt obawiał się tego, że zechce uciec z krzykiem. Widział wahanie i lęk w jej oczach, nawet gdy próbowała to ukrywać. Bała się z nim przegrać, jakby myślała, że ją zniszczy. Sam się tego lękał…
A potem zamiast przeprosić ją pozwolił żądzy by zawładnęła nim i splotła oboje w namiętnym uścisku.
Nie zauważył jak zza rogu wytoczył się drewniany wózek wyładowany kwiatami. Dopiero gdy uderzył z impetem w jego bok dostrzegł feerię barw i zapachów, które poraziły go.
- Co to? - usłyszał zdumiony zmęczony głos, gdy niemal zawisł przez krawędź tego dziwnego powozu. Wyprostował się oszołomiony patrząc na potłuczone donice i zmiażdżone roślinki.
- O kurde - wyrwało się ifrytowi, gdy spojrzał na rozmiar swych zniszczeń. Nie tylko jego płomienie przynosiły chaos. Dawno się tak nie skompromitował - Bardzo przepraszam, nie zauważyłem pana - odwrócił się do podstarzałego mężczyzny, który patrzył na niego czujnym wzrokiem. Nagle na jego plecy spadły razy wymierzone twardą drewnianą laską.
- Co za łamaga - człowiek westchnął oburzony, a kolejny cios spadł na głowę.
- Hej dziadku wyluzuj. Powiedziałem przepraszam - spojrzał na jego twarz i zamarł pozwalając by drewniany kij znowu dosiągł jego ciała - To ty - wymamrotał.
Poorana bruzdami twarz wydłużyła się, a laska uderzyła w ziemię z głuchym odgłosem.
- Nick? Ty żyjesz?
Ifryt zignorował pytanie.
- Miałem nadzieję, że Holly się myliła i jednak umarłeś. Ale widzę, że nieźle się trzymasz, Jared - warknął.
Miał przed sobą byłego jak widać barmana, który za pieniądze wydał go w ręce łowców. Zmienił się drastycznie od kiedy ostatni raz go widział. Z silnego rosłego chłopa zmienił się w zgrabiałego starca o siwych włosach i drżących dłoniach.
Zdrajca cofnął się kilka kroków i podniósł powoli laskę opierając się na niej całym ciężarem. Nick z cieniem satysfakcji musiał przyznać, że jego ukochana wykonała kawał dobrej roboty. Stan do którego doprowadziła Jareda był nieodwracalny i do końca życia miał on cierpieć męki. W przypływie nagłej czułości pomyślał, że to uroczo ze strony jego dziewczyny, że zemściła się za niego.
Nicolas wyjął z kieszeni zwitek pieniędzy i rzucił niedbale w stronę swojego byłego przyjaciela.
- Za kwiaty - mruknął i odwrócił się by odejść.
- Nick, poczekaj - dobiegł go słaby głos z tyłu. Przekręcił lekko głowę.
- Ja żałuję tego co zrobiłem - szczere wyznanie nie zrobiło na ifrycie wrażenia.
- Mogłeś o tym pomyśleć wcześniej, J. Wynoś się zanim zechcę cię zabić - odparł beznamiętnie i ruszył dalej ignorując dalsze nawoływania. Nie obchodziło go to już. Jared, kradzieże i nudne, spokojne życie były przeszłością. Nie miał zamiaru do tego wracać.
Przyspieszył, aż jego mięśnie znowu zaczęły protestować. Zacisnął pięści i pomknął przed siebie pustymi ulicami spoglądając na wschodzące słońce. Spotkanie z tym człowiekiem sprawiło, że jego i tak fatalny humor pogorszył się. Musiał bardzo się pilnować, by jego złość nie skumulowała się pod postacią płomieni. Nie chciał wysadzić połowy Centrum w powietrze przez jednego miernego człowieka. Dotarł do swojego luksusowego apartamentowca, który lśnił w rumianym blasku wschodzącego dnia. Otworzył przeszklone drzwi i cicho wbiegł na górę. Gdy dotarł do ich mieszkania bezszelestnie wszedł do środka i zdjął buty. Pchnął drzwi do sypialni i stanął spoglądając na śpiącą postać w łóżku. Holly leżała owinięta krwawą pościelą na samym środku posłania. Jej włosy rozrzucone na poduszkach przypominały poskręcane węże. Blada twarz odcinała się od ciemnego otoczenia lśniąc wewnętrznym światełkiem. Śpiąc walkiria wyglądała tak młodo i niewinnie, że poczuł jak dławi go smutek. Czuł się jak zbrodniarz, który podstępem zerwał jej kwiat niewinności.
- Za głośno myślisz, przestępco - szmaragdowe oczy otworzyły się powoli. Holly nie była zaskoczona tym, że niemal nad nią zawisł. Z stoickim spokojem otarła zaspane powieki i przyciskając kołdrę do piersi usiadła.
- Wszystko w porządku? - Nick nie mógł darować sobie tego pytania, choć wiedział, że dostanie mu się bura.
Jak przewidział zielone oczy walkirii pociemniały odrobinę.
- Nie mogłeś nie spytać, prawda? - jej melodyjny lekko nadąsany głos przesiąknął sarkazmem - Nie gap się tak na mnie. Wyłysiałam, czy co? - jej ręka mimowolnie powędrowała do włosów.
Ifryt nie wytrzymał i zaczął się śmiać. Usiadł na podłodze przed nią i uśmiechnął się, czując jak podły nastrój rozwiewa się.
- Nie ważne. Bałem się, że zmienisz się teraz w miłą i uroczą istotę. Na szczęście twoja złośliwość to choroba nieuleczalna i nie mam czym się martwić.
Usta dziewczyny drgnęły. Zimne, wyniosłe spojrzenie, którym go obdarzyła przed chwilą zastąpiła kocia figlarność.
- Proszę, proszę twój cięty język ani trochę się nie stępił. Gdzie byłeś? - rzuciła okiem na wilgotne nogawki jego spodni.
- Biegałem - odparł zgonie z prawdą.
- Sześć godzin? - spytała rozbawiona.
Ifryt spojrzał na nią zdziwiony.
- No co ty! Góra trzy. Jest dopiero…
- Siódma, postrzeleńcu. A wyszedłeś koło pierwszej. Nie myśl, że spałam.
Lekko zmieszany ifryt nie wiedział co powiedzieć. Wczorajszej nocy kompletnie zgubił rachubę czasu.
- No cóż… - zaczął, a jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu - Powinnaś być ze mnie dumna. W życiu tyle nie ćwiczyłem.
- To chyba efekt bycia ifrytem - stwierdziła Holly i machnęła na niego ręką - idź się umyj, brudasie. Ja muszę się ubrać.
Ifryt wystawił język, jak rozkapryszone dziecko.
- Cnotka - syknął złośliwie i wstał, by wyjść.
- Nie denerwuj mnie, Nick. Bo muszę przyznać, że twój krew była naprawdę pyszna. Chciałabym się poczęstować.
- Jeśli myślisz, że zrobisz sobie ze mnie posiłek to grubo się myślisz - odparł lekko zszokowany - Ale uznam to za komplement.
Odprowadził go wesoły śmiech. Podpuszczała go.

Holly zamknęła oczy słysząc trzask drzwi. Chyba lekko zirytowała ognistego ifryta.
Co takiego zrobiła? Powiedziała, że jest smaczny, ale przecież nie miała zamiaru zrobić sobie z niego posiłku. Tylko może taki malutki deser…
Uśmiechnęła się pod nosem i owinięta kołdrą niczym peleryną poszła poszukać jakichkolwiek przyzwoitych ubrań.
Ubrana i z grubsza ogarnięta usiadła w salonie na kanapie, która stała już na właściwym miejscu. Najwidoczniej Nick sprzątnął ten chaos, który stworzyli zanim wyszedł biegać. W milczeniu spoglądała na sufit śledząc wzrokiem każdą nawet najmniejszą nierówność. Gdy zapamiętała już chyba każdy szczegół, zaczęła się niecierpliwić.
- Ty, laluś! Wylazłbyś może? Chciałabym się uczesać - wrzasnęła w stronę łazienki z której dochodził szum wody.
- Odczep się mała - usłyszała odpowiedź - Mogłaś wcześniej wstać.
- A ty mogłeś nie tłuc się po domu o pierwszej - odcięła się - Wtedy bym się wyspała.
- Wcale się nie tłukłem!
- Ja pierdolę, jak dzieci - znajomy nosowy głos z kuchni sprawił, że Holly spadła z kanapy.
- Kto tam? - podniosła się i ostrożnie podeszła do otwartych drzwi kuchennych.
Przy małym stoliku jak gdyby nic siedział sobie Marco.
- Ty? Jak tu się znalazłeś?
Bezpański demon spojrzał na nią krzywo. Dopiero teraz zauważyła, że jego skóra jest śmiertelnie blada, a zwykle elegancko zaczesane włosy opadają na twarz. Pod granatowymi oczami widać było niemal czarne cienie.
- To mój dom, idiotko - odparł próbując zachować fason, ale drżące ręce zdradzały krańcowe wyczerpanie - Moja niegdysiejsza baza wypadowa do świata ludzi
- No cholera, czy ja dziś musze spotykać samych idiotów - jęknął Nick stając w drzwiach. Ubrany był w przypadkowo złapane rzeczy, a jego koszula była krzywo zapięta. Z włosów kapała woda.
- Proszę, toż to potężny ifryt - zakpił Marco mrużąc oczy.
Błękitne płomienie zalśniły na te słowa.
- Ciekawe jak będziesz śpiewać jak wypalę ci oczy - ręka zapłonęła jasnym ogniem.
- Proszę bardzo, ale wtedy niczego się nie dowiecie.
Holly złapała wysoki stołek i usiadła podwijając nogi.
- Skończcie te gadkę pseudo macho, bo mi mdło się robi. Ty się zamknij na chwile - spojrzała na Nicka - A ty gadaj o co chodzi - warknęła na drugiego, który posłał jej ponure spojrzenie.
- Od kiedy jesteś walkirią straciłaś dużą część poczucia humoru. Szkoda - zaczął, ale po chwili jeszcze bardziej zbladł i głośno przełknął ślinę - Dobra nie mam czasu na czcze gadanie. Narobiliśmy sobie problemów i Hayden chciał bym przekazał wiadomość.
- Problemy? - to nie była żadna nowość. Tam gdzie demony z Miast, tam anarchia i zniszczenie.
- Ja i Isabel udaliśmy się do obozu nadludzi po antidotum dla Tabrisa. Ale przez przypadek zwróciliśmy na siebie uwagę łowców i Isa zginęła.
Walkiria przypomniała sobie krwawowłosą demonicę, która pożyczyła jej znośne ubrania i twierdziła, że życie w Królestwie jest świetne.
- Zginęła? I przyszedłeś bym ją ożywiła? - to było nie w jego stylu.
Tak jak przypuszczała demon pokręcił głową.
- Nie - odparł smętnym, przygaszonym głosem - Spalili jej ciało. Nie wróci już.
- Och - Holly nie mogła nic wykrztusić. Nie wiedziała czy bardziej poruszył ją fakt, że Isabela nie żyje, czy to, że Marco wygląda na nieszczęśliwego z tego powodu.
- Udało mi się wrócić z trucizną do Królestwa i przygotowano odtrutkę. Lisi demon wraca do zdrowia. Ja tez się czuję lepiej. Oberwałem trującym ostrzem - wyjaśnił napotykając pytające spojrzenie dziewczyny.
- Dobra, wygadałeś się teraz do rzeczy - Nick nie wytrzymał - Po co cię przysłał brat Holly?
- Przekazać wiadomość. Królowa oficjalnie wyrzekła się swojej córki. Wkurzyłaś ją - zwrócił się do walkirii beznamiętnym tonem - Dla niej i reszty jesteś teraz zdrajczynią.
Ta wiadomość niezbyt ją zaskoczyła. Spodziewała się tego.
- Jakoś to przeżyję - wzruszyła ramionami. Szkoda, że już nie zobaczy Elda i chimer…
- Oczywiście twoi wielcy wybawiciele kazali mi przekazać, że są po twojej stronie - dodał Marco jakby czytał jej w myślach - To dowód na to, że jeszcze są wśród Demonów Nocy jakieś myślące istoty. Ale niestety większość zaślepiona jest potęgą twej drogiej mamuśki, więc nie warto liczyć na żadne wsparcie. Nicolas ręce ci się trzęsą, odstaw kawę.
Mina ifryta była bezcenna. Holly uśmiechnęła się pod nosem, choć wcale wesoło jej nie było.
- Chcesz coś jeszcze dodać? - spytał cicho Nick mierząc demona chłodnym spojrzeniem. Ku swojemu zaskoczeniu walkiria poczuła niepokój, który emanował od Marco. Spojrzała na niego, ale jego oblicze pozostawało niewzruszone. Genialny aktor.
- Tylko tyle, że nie chcę byście mi dom rozwalili. Nie martwcie się, nie wrócę szybko. Christa wygnała mnie i wracam do domu. Muszę odpocząć - bardziej wyglądał jakby miał umrzeć, a nie wypoczywać - I najlepiej nie wychylajcie się przez dość długi czas. Wszystkie demony powinny teraz siedzieć cicho dopóki nie znajdziemy sposobu na zwalczenie tego świństwa - wstał z wysiłkiem - Widzę, że nie jestem mile widziany, więc znikam. Do zobaczenia kiedyś, Holly.
I rozpłynął się w smugach czarnego dymu.
Nick od razu rozluźnił się.
- To było…
- Dziwne - pokiwała głową Holly - No zobacz co robisz? Podłogę zachlapiesz - machnęła ręką w kierunku blond czupryny ifryta z której miarowo skapywała woda.
- Kura domowa się z ciebie robi - Nick potrząsnął głową jak pies, w skutek czego na ścianach pojawiły się plamy wilgoci.
- Ale z ciebie larwa - syknęła urażona jego określeniem.
Mężczyzna podniósł ręce do góry w żartobliwym geście poddaństwa.
- Pani moja, wybacz, że śmiałem obrazić twą niesamowicie delikatną godność. Nie widziałem, że pod tą tarczą podłości kryje się gołębie serduszko.
Holly mimowolnie się uśmiechnęła.
- Udawanie kretyna wychodzi ci doskonale. Talent aktorski, czy wrodzone predyspozycje?
- Trafiony! - Nick zaśmiał się wesoło - Poddaję się - wycofał się z kuchni.
Dziewczyna westchnęła ciężko. Czasami nie ogarniała dlaczego zachowuje się jak kretyński nastolatek. Widocznie ciężkie życie może odbić się w późniejszych latach na psychice…

Kilka godzin później spacerowali zaludnionymi ulicami Centrum. Słońce stało wysoko na niebie zalewając miasto falami gorąca. Po kałużach nawet nie było śladu.
- I tak wygląda początek wiosny? - Holly zmrużyła oczy nie mogąc znieść światła, które odbijało się od chodnika drażniąc spojówki. Spojrzała z irytacją na swojego towarzysz, którego oczy skryte były za ciemnymi szkłami. Nick posłał jej wredny uśmiech.
- Nie myśl o tym. Nie oddam ci ich - powiedział, jakby czytał w jej myślach - Zresztą masz kapelusz. Nie narzekaj.
- Zawsze jesteś na "nie" - mruknęła pod nosem i naciągnęła rondo szerokiego kapelusza na nos. - Gdzie się podziali dżentelmeni?
- Zapewne uciekli z krzykiem przed twą krwiożerczą naturą. Pogódź się z tym, że masz tylko mnie.
- Ale mas dziś nastrój. Szczekasz i skaczesz po nogach jak pies.
- Co za barwna metafora - błękitne oczy błysnęły zza okularów - Może jeszcze latam za ogonem?
- No za ogonem akurat nie, ale za grzebieniem owszem. W życiu nie powiedziałbym, że ktoś, kto zrobił ze swojego przyjaciela węgielek, będzie miał taką obsesję na punkcie wyglądu. O, a co to? - zatrzymała się nagle przy tablicy na której wisiały różne ogłoszenia. Wśród nich jedno było szczególnie wyraziste. Biała kartka z napisem głoszącym o przebywaniu na wolności niebezpiecznego przestępcy. Pod spodem był szkic ów mężczyzny. Do złudzenia przypominał Nicka.
- Okropne - mruknęła pod nosem dziewczyna czytając nagłówek.
- No, nie mam tak dużego nosa - Nick zdjął okulary - "Poszukiwany za liczne rozboje, napady i morderstwa" - przeczytał - " Proszę zachować czujność. Osobnik jest uzbrojony i niebezpieczny". Skąd oni wiedzą, że przebywamy akurat wśród ludzi? Równie dobrze moglibyśmy być w którymś z Miast.
- Pilnowałam się podczas polowań - od razu wypaliła Holly - To nie moja wina.
- Jak zawsze - Nick wyprostował się - Chodźmy stąd, zanim ludzie skapną się, że coś za długo się na to gapimy.
Ruszyli w stronę slumsów. Walkiria zauważyła, że wesołość ifryta zgasła jak jego płomienie. Szedł szybko, nie oglądając się za siebie. Holly musiała szybko przebierać nogami, by zrównać z nim kroku.
- Gdzie idziemy? - spytała zaskoczona. W końcu wcześniej mieli pójść do starego klubu, gdzie rzekomo spotykali się łowcy, a teraz zamiast zacząć robotę mieli biegać po brudnych uliczkach.
- Muszę sobie coś z kimś wyjaśnić - jego zmrużone oczy ciskały gromy - Spotkałem dziś naszego drogiego znajomego.
- Kogo? - niezbyt ogarniała o kogo chodzi. Miała słabą pamięć do nazwisk i twarzy.
- Jareda. Dupek nie wykitował jeszcze.
- Serio? - Holly spojrzała na niego zaskoczona. Po chwili zmarszczyła brwi, a ostre zęby błysnęły, gdy skrzywiła się - Mogłam go pożreć, kiedy miałam okazję. Zabiłeś go?
- Nie i tak został z niego wrak. Życie z wyrzutami sumienia będzie bardziej bolesne niż krótka śmierć.
- Miał szczęście, że trafił na ciebie. Ja bym nie zastanawiała się nad takimi rzeczami - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Co teraz robimy?
- Miałem ochotę wstąpić do byłego barmana i spytać, czy to ogłoszenie to jego sprawka…
- Nie, nie o to mi chodzi… Mam ochotę trochę się zabawić. Nie chcę się dalej ukrywać i podkulać ogon - zerknęła na niego i wyszczerzyła się - Wybacz
- Bardzo zabawne wytykać mi wilczą krew - potargał jej w losy wywołując głośne protesty - Nie wiem co zrobimy. Też nie chcę gnuśnieć i czekać, aż Marco rycersko zajmie się tą sprawą zamiast mnie. To ja chcę zniszczyć wszystkich nadludzi - zazgrzytał zębami.
- Chciwy jesteś Nicolasie. Uważaj bo żądza nad tobą zapanuje - odparła żartobliwie jego towarzyszka.
- Byłem złodziejem. Chciwość mam we krwi.
- Więc co myślisz? Może warto byłoby zapolować na mutanty?
- Nie jesteśmy gotowi. Ty nie umiesz walczyć, a ja panować nad mocą. To nie wypali.
Skręcili w drogę prowadzącą do parku. Tu było zdecydowanie mniej ludzi, zwłaszcza, że większość pracowała, bądź odsypiała nocne zmiany.
Po chwili milczenia Holly znów zaczęła temat.
- A gdybyś nauczył mnie walczyć, tak porządnie? Możesz mi tłuc tyłek codziennie, tylko pomóż mi.
Ifryt spojrzał na nią wściekły.
- Nigdy cię nie uderzę, mała. Ten raz był okropny, nie kontrolowałem się. Bałaś się… mnie - wzdrygnął - Nie pozwolę na to nigdy więcej.
- Daj spokój. Pokazałeś mi tylko, że jestem żałośnie słaba. Nie chcę taka być gorsza od ciebie.
- Mówiłem nie.
- Świetnie - prychnęła walkiria i spojrzała na niego z śmiechem - Poproszę kochanego Marco. On zgodzi się na pewno.
Błękitne oczy zapłonęły wściekłością.
- Szantażystka - warknął mężczyzna.
- Nikki - spojrzała na niego wzrokiem smutnego kota. Nauczyła się go od Mruczka, który zniewolił jej brata - Proooooszę.
- Cholera jasna - Nick złapała się za włosy - W porządku zgadzam się. Tylko nie patrz na mnie takim wzrokiem i nigdy nie zdrabniaj tak mojego imienia.
Jednak nie wydawał się być tak zły. Uśmiech czaił się w kącikach jego ust.
- Daję ci trzy miesiące, Holly - znowu był poważny i skupiony - Jeśli się uda zaczniemy polowanie.
- I łowca stanie się zwierzyną - w zielonych oczach pojawił się niebezpieczny błysk.
Spokojnie spacerujący ludzie nie byli świadomi tego, co teraz się zacznie.
  • awatar Lisa Angels: Ah, jak dobrze przeczytać taki rozdział. Przyjemnie mi się go czytało. Szkoda mi lisa i Marco, ale zaskoczyłaś mnie tym, że Nick jest ścigany listem gończym. Spodziewałam się... czegoś innego. Ich relacje są słodkie :D
  • awatar Zorena: Nareszcie kolejny rozdział! :D Aż boję się pomyśleć co stanie się, gdy Nick ogarnie płomienie a Holly nauczy się walczyć ;)
  • awatar Shanel: Świetne :) Zapraszam do mnie :) Miłego dnia :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
"Nie istnieje coś takiego jak doskonałość. Świat nie jest doskonały. I właśnie dlatego jest tak piękny. " - Fullmetal Alchemist
  • awatar Seiti: Ale co dla kogo oznacza doskonałość? Czy to nie pojęcie względne, uwzględniające nasze postrzeganie świata? ;)
  • awatar Zakira Luna: Gdyby był doskonały byłoby po prostu nudno :P
  • awatar Kowalski, opcje!: To szczera prawda jest.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Nowy rysunek. Znowu dorwałam kredki :-P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Vocaloidy! <3 Kocham je po prostu
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Próbowałam pilnować błędy, ale zapewne znowu coś mi umknęło. Chyba potrzebuję okularów do pisania


Niepokonani: " Burzowa noc"

Nocne niebo spowite było burzowymi chmurami. Gdzieś z daleka słychać było grzmot wyprzedzony błyskiem światła. Ciężkie ciepłe powietrze miało woń deszczu. Porywisty wiatr spychał chmury na Centrum przysłaniając rozgwieżdżone niebo. Pierwsze krople deszczu zaczęły uderzać w szyby.
Smętny głos Holly zmusił ifryta do otworzenia oczu.
- Co? - spytał inteligentnie, dobitnie pokazując, że nie słuchał jej trajkotania. Rozwalił się na kanapie i odwrócił głowę w jej stronę. Walkiria siedziała skulona na fotelu wbijając znudzone spojrzenie w jego twarz.
- Mówiłam, że się nudzę. Czy ty w ogóle słuchałeś co ja do ciebie mówiłam?
- Oczywiście.
- To ciekawe dlaczego, gdy spytałam czy możemy wyjść na miasto odpowiedziałeś, że była smaczna - zmrużyła jadeitowe oczy.
- Serio coś takiego powiedziałem? - złapała go na gorącym uczynku - A jeśli chodzi o twoje pytanie, znasz odpowiedź. Nie.
Błyskawica oświetliła jej twarz.
- Bo? Zaczynam się czuć jak twój kot, którego wypuszczasz tylko w porze karmienia.
Ifryt westchnął i usiadł. To tyle jeśli chodzi o jego relaks.
- Słuchaj, wiem, że cię to wkurza, ale po mieście pałętają się nadludzie. Widuję ich codziennie, przynajmniej kilku. Jeśli myślisz, że Jack zrezygnował z polowania, to jesteś w błędzie. Nie wiem, czy ma świadomość, że żyje, ale jest pewny tego, że ty tak. Ma obsesję i nie odpuści ci zwłaszcza, że wymknęłaś się mu. A ja nie chcę by znowu cię złapał.
- Jestem silniejsza niż byłam - zaoponowała - Nie poszło by u tak łatwo.
- Holly, litości, wcześniej też byłaś silna i jak to się skończyło? - potarł pulsujące bólem skronie - To psychol. Wykorzysta każdą okazję by zmusić cię do posłuszeństwa.
- A skąd ty to wiesz?
- Sam bym tak zrobił jeśli chciałbym wywrzeć na kogoś wpływ. Genialny umysł - pstryknął palcami z uśmiechem.
- Ale z ciebie samochwała - zaśmiała się dziewczyna i rzuciła w niego poduszką. Nick złapał ją zręcznie.
- Nie oddam ci jej, skarbie - oparł się wygodnie na niej i posłał jej kpiące spojrzenie. - To czym teraz rzucisz?
Pokazała mu język.
- Widzę, że jak jesteś wypoczęty to robisz się strasznie złośliwy, panie ifrycie. Wolałam chyba jak siedziałeś półprzytomny i kiwałeś tylko głową nad tą cholerną kawą.
- Zołza z ciebie. Zawsze życzysz innym źle.
- To ty zacząłeś - uśmiechnęła się krzywo - Stwierdziłeś, że nie dam sobie rady z psychopatą.
- Bo nie dasz - pokiwał głową rozbawiony jej zbyt wybuchową reakcją. Łatwo było ją wyprowadzić z równowagi.
- Ciebie pokonałabym.
- Oj chyba nie. Nigdy nawet nie ćwiczyłaś, już o nauce walki nie wspomnę.
- Hej, hej umiem zabijać.
- Kotku, ludzi. To tak jakbym ja zdeptał mysz. Nic trudnego pokonać słabszego. Każdy to potrafi - drażnił się z nią. Jedynie światło błyskawic oświetlało jej twarz, która wyrażała teraz irytację. Ugodził w jej ego.
- Taki z ciebie twardziel? Ciekawe jak poradzisz sobie z tym - odbiła się od oparcia fotela i rzuciła się na niego wymierzając pięścią cios w szczękę. Mężczyzna spodziewał się takiego numeru, więc tylko lekko się uchylił, a Holly całym ciałem uderzyła o oparcie kanapy i siłą rozpędu przetoczyła się na drugą stronę na podłogę.
- Aua! - dobiegł go żałosny głosik.
Ifryt splótł ręce za głową nie ruszając się z miejsca.
- Czyżby wielki wojownik stłukł sobie tyłek? - jego głos wprost ociekał sztucznym współczuciem.
- Bardzo śmieszne - uraza w jej głosie była najlepszym świadectwem, że upadła na kość ogonową - Tak łatwo ci nie pójdzie!
Cios wymierzony w głowę znowu natrafił w próżnię. Niespiesznie Nick chwycił jej wciągnięte ramię i zrzucił na kanapę.
- Koniec zabawy. Zniszczysz meble - stwierdził i wstał zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.
- Boisz się ze mną walczyć? - dobiegł go przytłumiony głos z kanapy - Nie bądź tchórzem.
Nicolas westchnął zrezygnowany.
- W porządku. Widzę, że nie przemówię ci do rozsądku w inny sposób - odwrócił się do niej - Na szczęście ściany są dźwiękoszczelne, więc możesz sobie przeklinać do woli - zdjął bluzę i buty i rzucił je na podłogę. - Odsuń fotele - mruknął i bez wysiłku przepchnął ciężką kanapę pod ścianę. Stolik po prostu podniósł i wniósł do kuchni. Stwierdził, że może tego nie wytrzymać.
- Gotowe - Holly związała włosy i stanęła w obronnej pozycji. Widać było, że ma wielką ochotę wygrać. Szkoda tylko, że…
- Stoisz jak łamaga - westchnął Nick - Stopy szeroko i ugięte lekko kolana. Nie prostuj pleców zbyt mocno bo wolniej wtedy się zginasz. To nie sportowe zawody, a z twoją posturą i - rzucił jej krytyczne spojrzenie - wagą kota musisz nauczyć się grać nie fair.
- Waga kota? - jej wzrok mówił wszystko. Chciała na nim wyżyć swoją frustrację i złość. Jednak nie miał zamiaru jej na to pozwolić.
- Tak? - w końcu ustawiła się porządnie i podniosła wzrok.
- Doskonale - uśmiechnął się i wyprowadził cios mierząc w jej ramię. Holly osłoniła się, ale jej uwaga momentalnie skupiła się na jego rękach i nie zauważyła jak podciął jej nogi.
- O ja… - wyrwało się jej, gdy zaliczyła ponowne spotkanie z podłogą. Ku jego zaskoczeniu zaczęła się śmiać - To było fajne. Pokaż mi jak mam stać, byś nie mógł mnie przewrócić.
- Nie możesz skupiać się tylko na jednym ciosie. Musisz zachować podzielną uwagę i pilnować się z każdej strony. Zaatakuj mnie - pokiwał na nią dłonią - Pokaż mi jak wcześniej załatwiałaś swoje ofiary.
- Serio? - rozpromieniła się i niemal natychmiast zaatakowała z szerokim uśmiechem na ustach. Jej ruchy były szybkie i gwałtowne, a ciosy wymierzała celnie. Jednak żaden nie dosiągł jej przeciwnika.
- Nieźle - odtrącił jej nogę zanim kopnęła go w brzuch - Ale gdyby twój wróg cię za nią złapał już być leżała na ziemi. Ciekawie walczysz, mała, ale potrzeba ci szkolenia jeśli chcesz mierzyć się z nadludźmi.
- To mnie naucz tego wszystkiego - jej pięść wystrzeliła w kierunku jego twarzy, ale Nick się nie odsunął. Dziewczyna, tak jak przypuszczał, zawahała się i jej dłoń opadła.
- No co jest? - spytała zdziwiona, gdy ifryt wykręcił jej ramię do tyłu uniemożliwiając jakiś ruch.
Nick uśmiechnął się.
- Błąd, moja droga - szepnął jej do ucha.

Holly poczuła jego wargi na szyi i zadrżała.
- Mieliśmy walczyć - próbowała się wyrwać, ale tylko nadwyrężyła ramię.
- No i walczymy - mruknął jej do ucha Nick - Jeśli wygrasz ze mną będziesz mogła chodzić, gdzie ci się żywnie podoba. A jak nie…
- To co? - wiła się w jego uścisku próbując odsunąć na bezpieczną odległość/
- To będzie tak jak ja chcę - odparł ifryt i uwolnił ją.
Holly wykorzystała okazję i kopnięciem z półobrotu trzasnęła jego szczękę. Jej przeciwnik upadł na kolana, a długie jasne pasma zasłoniły jego twarz. Jego ramiona zatrzęsły się , jak zaskoczona zauważyła, ze śmiechu.
-Perfekcyjnie - rozcięła mu wargę, a kącik ust szybko zaczął puchnąć. Oczy jarzyły się błękitnym ogniem - Tak trzymaj.
Zwarli się w walce, która bardziej przypominała pojedynek dwóch drapieżników, niż zabójców. Holly desperacko broniła się przed ciosami Nicka, który dopiero teraz przestał się z nią bawić i zaczął naprawdę pokazywać swoje umiejętności. Choć jego uderzenia nie były zbyt mocne, to dziewczyna ledwo radziła sobie z obroną. Był wyższy, bardziej umięśniony i o wiele silniejszy, ale ona z kolei szybsza i bardziej zdesperowana. Po dłuższej chwili dopiero zdała sobie sprawę, że nieświadomie zmieniła styl walki. Nie chciała już go stłuc i mieć powodu do radości. Teraz zaczęła odczuwać lęk, który umacniał się za każdym razem, gdy patrzyła w lodowate spojrzenie. Teraz przegranie z ifrytem oznaczało całkowitą klęskę. Jako walkiria nie mogłaby znieść faktu, że jest ktoś, kto może ją pokonać.
- Możesz się poddać, Holly - jego cichy spokojny głos rozbrzmiał w ciszy jak dzwon - Oszczędź mi czasu mała - uśmiechnął się drapieżnie.
- Śnisz - uniknęła uderzenia z łokcia i paznokciami zadrapała jego policzek. Krew zaplamiła jego jasną koszulę, a on westchnął niezadowolony.
- Zapłacisz mi za to - mruknął cicho - Lubiłem ją.
Jego spokojny głos wywołał w niej atak paniki. Nick wykazywał się takim stoicyzmem jakby stłuczenia i rany nie robiły na nim wrażenia. Chłód w oczach tylko sprawiał, że miała ochotę uciec jak najdalej.
Włożyła w atak całą swą siłę i szybkość, jednak ifryt zdawał się przewidywać każdy jej ruch. Gdy rzuciła się go jego gardła desperacko pragnąć wygranej po prostu złapał ją za dłonie splatając ich palce.
- I koniec - uśmiechnął się wyginając jej nadgarstki tak, że kolana się pod nią ugięły i usiała uklęknąć.
Poczuła wściekłość zmieszaną z upokorzeniem.
- Zadowolony? -spytała, gdy puścił ją i odsunął o krok. Ramiona drgały jej pod wpływem emocji, a w oczach czuła piekące łzy. Cholerny ifryt, za często doprowadzał ją do płaczu.
- Nie myśl, że mnie to bawi - przyklęknął przy niej - Ale innego sposobu nie widzę byś zrozumiała, że rzucasz się do walki, której z takim przygotowaniem nie wygrasz.
- Tsa - odwróciła głowę, by nie widział wstydu w jej oczach. Utarł jej nosa i pokazał jej miejsce.
- Schowaj urażoną dumę do kieszeni, piekielnico. Pomyśl co by było, gdyby walczył z tobą jakiś nadczłowiek lepiej wyszkolony niż ja - uniósł jej podbródek i zmusił by na niego patrzyła - Nie chciałem cię upokarzać, tylko pokazać, że nie jesteś już jedną najsilniejszych.
- Udało ci się - pojedyncza łza spłynęła po jej policzku - Dlaczego tylko przez ciebie tak ryczę jak dziecko? - zasłoniła oczy dłońmi, nie mogąc znieść jego palącego spojrzenia.
- Bo zależy ci na mnie - jego glos był pełen dumy.
- Przerażasz mnie - oparła na to patrząc przez palce. Chciała zobaczyć jak zareaguje na te słowa.
- I dobrze - jego głos był znowu poważny - Tego chcę cię nauczyć.
- Słucham? - nie rozumiała kompletnie o co mu chodzi.
Nick usiadł na podłodze naprzeciw niej.
- Po tym jak zaatakowałem nadludzi boję się, że stracę kontrolę nad ogniem i zrobię komuś niechcący krzywdę. Kiedy zraniłem cię, myślałem, że mnie znienawidzisz.
- No najwidoczniej mnie nie znasz. Kocham sadystów - przewróciła oczami.
- Nie kpij. Nie chcę byś mi ufała. Przeraża mnie fakt, że kiedyś płomienie mną zawładną i zacznę wszystko niszczyć. Ale jeśli tak się stanie, chcę byś mnie zabiła.
Jego słowa zabolały bardziej niż jakikolwiek cios.
- Oszalałeś? Myślisz, że byłabym zdolna do czegoś takiego? Nie zabiję jedynej istoty, którą naprawdę kocham.
Nick uśmiechnął się.
- Ha, czyli muszę być umierający, albo planować śmierć, by usłyszeć od ciebie takie słowa?
- Nie żartuj sobie - prychnęła urażona, ale przysunęła się do niego i oparła o jego pierś - Zresztą gdybyś zginął ożywiłabym cię znowu.
- Nie, mała. Jeśli popadnę w obłęd, będziesz musiała mnie zniszczyć. Tak, bym nie trafił do Przedsionka, a potem do jednego z trzech miejsc. To okropne, że po śmierci pamięta się wszystko. A ja nie chciałbym zapamiętać tego co mógłbym zrobić. I tak trafię do piekła, za dużo trupów na mojej drodze.
- Nie mogę już tego słuchać. Zamknij się - warknęła. - Za bardzo mnie straszysz.
- To dobrze, że potrafisz czuć strach. Będziesz wiedziała kiedy uciec.
Holly odwróciła się do niego odtrącając jego ramiona. Jego pokaleczona warga zagoiła się i poza ciemnymi plamami na koszuli wyglądał na nieuszkodzonego. Szybko się regenerował. Ją tyłek bolał dalej.
- Ja nie będę uciekać, rozumiesz? Nie poniżaj mnie już bardziej - pocałowała te głupie usta, które wygadywały okropne rzeczy. Ramiona ifryta otoczyły ją przysuwając jeszcze bliżej. Odwzajemnił pocałunek, choć miała wrażenie, że wolałby się odsunąć.
- Co jest? - zwykle był chętniejszy.
- Nic mała - uśmiechnął się z odrobiną żalu - Zostawisz mnie samego?
Jego słowa sprawiły, że znowu zapiekły ją oczy.
- Aż taka wstrętna jestem prawda? - wykrztusiła z siebie nie mogąc zrozumieć dlaczego przemawiają przez nią emocje.
- Zgłupiałaś? Jesteś najcudowniejszą istotą jaką poznałem. Wiesz jak muszę się powstrzymywać, by nie zedrzeć z ciebie ubrania i nie wziąć na podłodze? Nie niszcz mojej samokontroli.
- Och - jego słowa sprawiły, że ścisnęło ją w podbrzuszu - No nareszcie powiedziałeś coś z sensem - uśmiechnęła się.
Skrzywił się nie rozumiejąc o co jej chodzi.
- A jeśli mi ten pomysł się podoba? - usiadła na jego kolanach, zanim zdążył cokolwiek z siebie wykrztusić.
- Igrasz z ogniem - odparł, ale jego ręce wplotły się w jej włosy i przysunęły bliżej twarzy.
- Zawsze lubiłam cię denerwować - objęła jego szyję i pozwoliła mu na to by znów ją pocałował. Jego wargi miały smak krwi. Jego język wsunął się do jej ust splatając jej. Chłodne ręce zsunęły się na przód jej pięknej ametystowej koszuli i sprawnie porozpinały guziki. Materiał opadł bezszelestnie na podłogę. Grzmot przetoczył się nad ich mieszkaniem, a Holly niemal podskoczyła zaskoczona hukiem. Burza dotarła do miasta.
- Boisz się zwykłej burzy, a śmierć ci nie groźna? Zaskakujesz mnie, diablico - szept Nicka zmusił ją by spojrzała w błękitne oczy, które namówiły by do grzechu nawet największą świętoszkę. A ona bynajmniej do takich się nie zaliczała. Pochyliła się nad nim i musnęła ostrymi zębami szyję kalecząc płytko skórę. Przesunęła językiem po krwawej ścieżce, a on zadrżał zaciskając ręce na jej biodrach. Jego twarda męskość ocierała się o nią przez materiał sprawiając, że myśli mieszały się w jej głowie w niespójny kłąb. Czuła jak wilgotnieje, a jej skóra reaguj niemal boleśnie na każde najlżejsze muśnięcie. Jej ukochany zsunął z niej spódnicę, a potem bieliznę tak szybko, że nawet tego nie zarejestrowała.
- Dręczysz mnie - szepnęła odchylając głowę do tyłu.
- To moja zemsta za to co mi zrobiłaś w przedsionku. Nie myśl, że ci to zapomniałem - jego ręce zacisnęły się na jej udach.
Jęknęła sfrustrowana, gdy nagle podniósł ją i wstał. Zanim się obejrzała leżała na łóżku w sypialni.
- Wygodnicki - chłodny atłas pod nią był śliski. Światła wszędzie były pogaszone, tylko błyskawice rozdzierające niebo oświetlały pomieszczenie. Spojrzała na Nicka który pobył się już koszuli i zsunął spodnie i bokserki. Holly westchnęła na widok wspaniałych mięśni, które grały pod jego skórą. Niżej bała się spojrzeć.
Jej płomienny ifryt pochylił się nad nią opierając na rękach i pocałował ją z taką pasją jakby bał się, że ją straci. Odsunął się na chwilę by złapać oddech. Jego ręka powędrowała na jej pierś, by ześlizgnąć się niżej na brzuch. Pocałował jej obojczyk, łaskocząc nosem, aż zaczęła chichotać. Westchnęła nagle, gdy jego dłoń przesunęła się na jej kobiecość. Chciała się wyrwać, ale tylko spojrzał na nią z żarem w oczach i wsunął w nią palec.
- Nick - wyrwało się jej, gdy zaczął ją pieścić, aż zacisnęła dłonie na pościeli.
Rozkosz przejmowała nad nią kontrolę, a jej ciało podporządkowało się ifrytowi. Ryk burzy sprawił, że wygięła się w łuk, a przerażenie zmieszało się z żądzą. Jej oddech przyspieszył, czuła, że zbliża się do szczytu. Wtedy nagle Nick odsunął się od niej.
Spojrzała na niego z irytacją. Złośliwy uśmiech wykrzywił jego wargi.
- Coś chcesz powiedzieć? - spytał cicho patrząc na nią z góry.
Cholerny manipulant…. Domyślała się o co mu chodzi.
- W porządku, przepraszam że próbowałam tobą sterować. Już nie będę - wplotła palce w jego jasne pasma - Nigdy - " Bo jesteś przerażający i pociągający zarazem"
Jego silne ramiona oplotły jej talię przyciągając do ciała. Poczuła jak jego członek ociera się o wnętrze jej uda i zamknęła oczy.
Poczuła ból, gdy wszedł w nią. Syknęła przez zęby, nie pozwalając sobie nawet na jęk. Jej paznokcie wbiły się w plecy ifryta znacząc je szkarłatnymi liniami. Oplotła nogami jego biodra, gdy zaczął się w niej poruszać. Okropne uczucie powoli stopniało, zastępowane falą pożądania, która zmusił ją by dostosowała się do jego rytmu. Ciężkie oddechy roznosiły się w chwilowej ciszy.
Holly miała wrażenie, że płomienie jej kochanka ogarniają też i ją. Odchyliła głowę czując jak fala rozkoszy zalewa jej ciało. Jęknęła oszołomiona, gdy Nick przyszpilił jej ciało do pościeli i pchnął mocniej wznosząc oboje na szczyt.
- Najukochańsza - usłyszała szept, który zmusił ją by podniosła ciężkie powieki. Nicolas odsunął się od niej i spojrzał zamglony wzrokiem - Przepraszam.
Jej ręka była okropnie ciężka, gdy podniosła ją i musnęła jego policzek.
- Nie masz za co - złapała go za rękę i zmusiła by położył się obok niej. Wtuliła się w niego, gdy zakrył ich oboje kołdrą i objął ramieniem jakby chciał odgrodzić ją od świata.
W tym momencie nie potrzebowała nic więcej.
  • awatar Lisa Angels: (rumieni się) Wiedziałam, czułam, że to musi się zdażyć teraz. końcówką przekupłaś mnie do reszty. " - Najukochańsza - usłyszała szept, który zmusił ją by podniosła ciężkie powieki. Nicolas odsunął się od niej i spojrzał zamglony wzrokiem - Przepraszam. Jej ręka była okropnie ciężka, gdy podniosła ją i musnęła jego policzek. - Nie masz za co"
  • awatar Kowalski, opcje!: <uśmiecha się z rozmarzeniem i podczas czytania myśli o czymś zupełnie innym, więc nic dziwnego, że nic nie rozumie> Ech... <wzdycha teatralnie> Nick... nie, no co ty, żartuję. Mam teraz inny obiekt westchnień.
  • awatar Seiti: Ich przepychani skojarzyły mi się z kocicą i skunksem z bajki. XD W końcu się doczekała ero scen! Mrau! Nick posiadł Holly, Nick posiadł Holly, gratulacje Nikuś!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Jak już wczoraj wspomniałam byłam w kinie na najnowszej, piątej części MI, wraz z koleżanką. Nie powiem, że jestem jakąś wielką fanką takiego typu filmów, ale obejrzana przypadkiem czwarta część zmusiła mnie do zweryfikowania swojego zdania i poczłapania na premierę następnej części. I nie żałuję.

"Rogue Nation" to część pokazująca zmagania Ethana Hunta ( w tej roli oczywiście Tom Cruise ) z Syndyktem, tajemniczą organizacją, której głównym celem jest obalenie światowego porządku. Gdy IMF zostaje rozwiązane, agent zostaje uznany za wroga publicznego i rząd wydaje nakaz aresztowania ( choć raczej można nazwać to likwidacją ). Tak więc brawurowy jak zawsze Hunt musi działać na własną rękę, by zlikwidować zagrożenie zanim będzie za późno.

Cały film, podobnie jak "Ghost Protocol" jest mniej poważny niż pierwsze trzy części. Moim zdaniem głównie to zasługa wiernych sprzymierzeńców Hunta, którzy pojawili się już w wcześniejszych częściach. Luther (Ving Rhames), William ( Jeremy Renner) i chyba najzabawniejszy Benji (Simon Pegg) swoim zachowaniem i kłótniami pozwalają na chwilę oderwać się od poważnych akcji i kaskaderskich popisów w wykonaniu Cruise'a, który resztą też spuścił trochę z tonu i pozwolił na odrobinę mniej sztywną postawę.

Na uwagę zasługują również pomysłowe akcje i oczywiście sprzęt agentów, który choć może trochę nierzeczywisty, jest nieodłącznym elementem w pracy hunta. O ile we wcześniejszej części najbardziej podobały mi się rękawiczki Hunta umożliwiające wspinaczkę po najwyższym budynku świata, tu w oczy rzucił mi się laptop ukryty w książce. Pomysłowi są, nieprawdaż?


Muszę szczerze powiedzieć, że nie jestem wielką fanką filmów sensacyjnych. Nie oglądam każdej produkcji z tego gatunku, nawet jeśli obsypią ją nagrodami, ale MI zwróciło moją uwagę i tak zostało do tej części. Nie mogę powiedzieć, że jestem wielkim znawcą i mam porównanie z innymi tego typu filmami, ale przygody Hunta mogą uzależnić. I wydaje i się, że z części na część coraz ciekawiej Dlatego polecam każdemu, kto nie szuka zbyt poważnej produkcji kina szpiegowskiego i potrafi spojrzeń na bohaterów z przymrużeniem oka.

Dla ciekawych zwiastun ( niestety po polsku nie było):


Uff, naprodukowałam się, by jakoś składnie to napisać. Mam nadzieję, że moja recenzja nie wywoła sprzecznych emocji ^_^
PS: Jeszcze dziś pojawi się nowy rozdział
  • awatar Kowalski, opcje!: O tak, czekałam na to. chyba też obejrzę, ale trzeba będzie zacząć raczej od początku, bo nic nie zrozumiem oglądając tylko piątą część.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Niepokonani: "Rzeczywistość" cz. III

Gdy wszedł Nick rozniósł się aromat palonej kawy co nie pomogło walkirii walczyć z jedzeniem. Mężczyzna postawił przed nimi obiema kubki z parującym napojem.
- Najlepszy gatunek - uśmiechnął się zadowolony i usiadł na oparciu fotela swojej ukochanej - Smacznego - wyszczerzył się złośliwie do Holly, która pobladła. Jej żołądek się buntował.
Gdy dręczona mdłościami walkiria milczała pozostała dwójka toczyła dyskusję na temat prac, życia i innych głupot o których ona sama nie miała najmniejszego pojęcia. Z słów kobiety dowiedziała się, że pracuje ona jako kelnerka w ekskluzywnej restauracji, a jej kuzynka jest właścicielką salonu fryzjerskiego dla najbogatszych mieszkańców Centrum.
- A wy czym się zajmujecie? - padło pytanie, którego Holly się obawiała.
Nicka jednak to nie wyprowadziło z równowagi.
- Ja jestem ochroniarzem w korporacji Alfa Zeta, a moja żona to artystka, pracuje w domu.
Holly uniosła brew. Ochroniarz? Artystka? Nie miała jednak czasu by się nad tym zastanawiać bo Samantha wdała z siebie radosny pisk.
- Colin faktycznie wyglądasz na ochroniarza - rzuciła długie spojrzenie na mięście prężące się pod koszulą, na co Holly niemal syknęła - Od razu widać masz duszę abstrakcyjną - odwróciła się do niej - Musisz mi kiedyś pokazać jakieś swoje prace.
Ty nawet węgla w ręce nie trzymałaś, mruknął głosik w podświadomości, powodzenia.
- Jasne. Pewnie, że tak - pokiwała głową ciesząc się, że przynajmniej szatynka szybo straciła zainteresowanie jej lubym. Nie miała zamiaru się nim z kimkolwiek dzielić.
Mimo wszystko jednak Samatha sprawiała bardzo przyjemne wrażenie. Poza usilnym wciskaniem w nią ciastek i kawy ( "Jak mąż się wysilił to nie wypijesz? Doceń go" była naprawdę miłą i zupełnie normalną osobą. Po wszystkich okrutnych, złych, czy pokręconych umysłach była to miła odmiana. Nawet mdłości można było ścierpieć. Holly nawet sama nie wiedziała kiedy upłynęła godzina, potem dwie, aż w końcu kiedy wskazówki zatrzymały się na czwartej okularnica podskoczyła nerwowo.
- O kurcze, ale późno, a ja siedzę i was morduję. Przepraszam
- Nic się nie stało - walkiria uśmiechnęła się promiennie uważając by nie odsłonić ostrych zębów - Wspaniale, że mamy tak fajną sąsiadkę co nie mężu? - zaakcentowała mocno ostatnie słowo.
- Właśnie - Nick posłał jej kpiące spojrzenie - Ciastka były naprawdę przepyszne. Dziękujemy za odwiedziny. Jak tylko ogarniemy się z najważniejszymi sprawami wpadniemy.
Kobieta odgarnęła loczek który opadał na czoło i wstała.
- Przepraszam, że tak musze wybiec, ale na śmierć zapomniałam, że obiecałam szefowi przyjść na wieczór. Do zobaczenia - pomachała im wesoło i wybiegła.
- To było… ciekawe? - mruknął Nick i przeciągnął się.
- Kurwa - dziewczyna spojrzała na niego wściekle i zaciskając ręce na brzuchu sprintem wbiegła do łazienki. Pochyliła się nad toaletą czując jak torsje wstrząsają nią. Musiała się pozbyć tego cholernego jedzenia z żołądka. Miała wrażenie, że w jej brzuch wżerają się robaki. Zrobiło się jej słabo, ale nie mogła zwymiotować.
- Do cholery - zacisnęła dłoń w pięść i z całej siły walnęła w żołądek. Zakrztusiła się tylko, a brzuch rozbolał jeszcze bardziej - Nie chcę cię! - uderzyła znowu w miejsce zaraz pod żebrami. Ślina pociekła jej z kącika ust, ale nic więcej nie osiągnęła.
Osunęła się na płytki przyciskając policzek do chłodnej powierzchni.
- Aż tak źle? - cichy głos od drzwi zmusił ją by przekręciła głowę. Nick opierał się o ścianę, a w jego oczach malowało się współczucie.
Zamknęła oczy czując się żałośnie słabą. Nie chciała by ifryt widział je łzy.
Jednak zamiast wyśmiać ją i kpić z jej stanu podszedł i podniósł z posadzki. Zaniósł ją do sypialni i położył na wygodnej pościeli.
- Aż tak jest źle jak próbujecie jedzenia poza swoim Królestwem.
- Tak - skinęła głową i skuliła się w kłębek - Czuję się jakbym miała w sobie coś obrzydliwego, jakby to jedzenie ruszało się - nie kontrolowała drżenia rąk.
- Uspokój się już. To powinno minąć, co nie? - pogładził ją po policzku, a jego ciepło przynosiło ukojenie.
- Widzę, że udało ci się załatwić to co miałeś, mężu - odezwała się, gdy chwilowy atak paniki minął. Może to coś w jej żołądku nie rozszarpie jej na strzępy…
- Tak i teraz mam wolne dopóki nie skończy się forsa. Przyda się trochę odpoczynku - westchnął zadowolony ifryt i pogładził ją po włosach. Uśmiechał się do niej jak kiedyś, gdy chciał się z nią podroczyć - Ale miałaś wielkie oczy jak nazwałem cię żoną.
- Przestań! Nie wiedziałam co powiedzieć - cieszyła się, że włosy zasłoniły jej twarz i oczy, które zdradziłyby mu prawdziwe uczucie - Legalnie małżeństwem nie jesteśmy, ba nawet kochankami.
Mały płomyczek zapalił się w oczach Nicka.
- Pora to zmienić - wymruczał takim tonem, że momentalnie zapomniała o pechowym jedzeniu.

* * * * *
Pinger znowu ma humory, więc w częściach...
Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłam bo jestem cały dzień nieprzytomna i nie ogarniam życia. Byłam dziś na najnowszym "Mission: Impossible" i być może jutro pojawi się recenzja
  • awatar Seiti: " O kurcze, ale późno, a ja siedzę i was morduję." - nom, mordowała Holly ciastkami. :D Zapowiada się ero. :D
  • awatar Kowalski, opcje!: :D Jak się pojawi pierwszy rozdział opowiadania o Legolasie, dam znać.
  • awatar Lisa Angels: Słodki kącik miłosny, tyle, że błędów w II części ci się narobiło, pozjadane końcówki, pozamieniane słowa, gdzieś znalazłam wersje żeńską w narratorze. No cóż nie mogę się doczekać tych zmian :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Niepokonani: "Rzeczywistość" cz. II

Gdy obudziła się była już sama. Wstała ociężale i odsłoniła rolety. Słońce stał już wysoko na bezchmurnym niebie ożywiając czyste uliczki i eleganckie domy. Jak bardzo to miejsce różniło się od slumsów.
Weszła do kuchni i z rezygnacją spojrzała na przeszklony stół na którym stał ekspres z kawą i kubek. Nicolas zaczynał popadać w kolejny nałóg. Zresztą nie dziwiła mu się. Harował jak opętany by jak najszybciej załatwić im dokumenty i pieniądze. Nie wiedzieli ile zabawią w Centrum.
Zegar wskazywał już jedenastą więc Holly stwierdziłam, że powinna się ogarnąć. Zbliżała się wiosna i było już całkiem ciepło więc zdecydowała się na lekką białą koszulę do połowy uda z złotym plecionym paskiem. Na niej wyglądała jak sukienka. Znalazła ją w jednej z szaf w garderobie wraz z mnóstwem innych ciuchów. Każde miało metkę i wyglądało na nowe jakby poprzedni właściciel domu przewidział, że zamieszka tu kobieta. Szkoda, że nie zgadł jej rozmiarów. Połowa rzeczy na niej wisiała, a reszta nie nadawała się do noszenia. Było jej odrobinę przykro bo większość była naprawdę ładna. Nick nazwał ją materialistką, gdy mu o tym powiedziała.
Weszła do łazienki, która była równie jasna i przestronna co reszta mieszkania. Z racji tego, że mieszkali na ostatnim piętrze apartamentu połowa sufitu była przeszklona, dzięki czemu w dzień pomieszczenie nie wymagało światła. Stanęła przed lustrem i odgarnęła włosy z czoła z grymasem niezadowolenia na twarzy. Co z tego, że te wzory na jej twarzy są tak piękne skoro musi je zakrywać pod makijażem? Nigdy nie używała niczego poza szminką i kredką, więc teraz czuła się jakby musiała chodzić w masce.
Gdy tylko skończyła ogarniać się dobiegło ją pukanie do drzwi. Spojrzała w lustro przerażona. Od dwóch tygodni nikt ich nie nachodził, więc nie spodziewała się żadnych wizyt. Miała wielką ochotę udawać, że nikogo nie ma w domu, ale osoba przy drzwiach wytrwale próbowała przebić palcem drewno.
Holly pokręciła zrezygnowana głową. Umysł, który wyczuwała za drzwiami był jasny i bardzo ludzki. Zero zagrożenia. Przynajmniej dla niej.
Przywołała na twarz sztuczny uśmiech i poszła otworzyć drzwi. Ręka niespodziewanego gościa zamachała niezgrabnie w powietrzu nie napotykając oporu. Jej właścicielka spojrzała na walkirię lekko zaskoczona, ale zaraz ogarnęła się.
- Dzień dobry! - zaszczebiotała wesołym głosem ukazując w uśmiechu małe ząbki.
- Dzień… dobry? - jej energiczność zaskoczyła lekko Holly. Przyjrzała się uważnie stojącej przed nią młodej kobiecie. Była niemal tego samego wzrostu co ona jednak jej skóra biała kolor kawy z mlekiem. Brązowe włosy z złotymi refleksami skręcały się w małe sprężynki na wysokości chudziutkich ramion. Piwne oczy schowane za dużymi okularami w grubych oprawkach patrzyły z nutką nieśmiałości, której nie słychać było w głosie.
Przez chwile patrzyły na siebie w niezręcznej ciszy.
- Jestem Samantha Darthiel. A ty to zapewne nasza nowa sąsiadka?
- Tak, Ellie Liar - odparła i wyciągnęła rękę do okularnicy - Miło mi cię poznać.
Nick stwierdził, że łatwiej będzie się im ukryć pod fałszywymi nazwiskami. Przynajmniej przed ludźmi.
- Może wejdziesz? - Holly sama nie wiedziała czemu zaprasza obcą do domu, ale miała przeczucie, że powinna.
- Co? - bursztynowe tęczówki zniknęły gdy Samantha zamknęła oczy - A tak? Przepraszam - policzki poróżowiały jej z zażenowania - Dziękuję - przekroczyła próg. Od razu zaczęła się rozglądać.
Holly patrzyła na nią jak na okaz w zoo. Nie miała pojęcia co zrobić.
- Zapraszam do salonu - odezwała się w końcu odsuwając od drzwi.
- Och jak tu jasno i przestronnie - brązowe loczki poskakiwały na głowie swojej właścicielki, gdy ta okręciła się wokół własnej osi podziwiając pomieszczenia. Nagle stanęła i uderzyła się dłonią w czoło - Ale ja głupia! - sięgnęła do dużej torby, którą miała na ramieniu i wyjęła tekturowe pudełko - Upiekłam ciasteczka dla nowych lokatorów.
Walkiria wzięła od niej pudełko zdziwiona.
- To naprawdę miłe z twojej strony.
- Staruszka z dołu powiedziała, że jesteś młoda. Nawet nie wiesz jak bardzo się ucieszyłam. Ja i moja kuzynka jesteśmy tu jedynymi osobami przed pięćdziesiątką, wyobrażasz to sobie. Pomyślałam, że fajnie byłoby cię poznać.
- Aha - Holly nie wiedziała za bardzo co na to odpowiedzieć.
Uratował ją trzask drzwi i zmęczony głos oznajmiający przybycie jej współlokatora.
- Hej mała - dobiegło ją - Zgadnij kto zgadnij kto ogarnął wszystko w jeden dzień… - Jansa czupryna pojawiła się w drzwiach - Oho! - Nick spojrzał wrogo na gościa.
- Samatho poznaj mojego… - zaczęła potworzyca rzucając nerwowe spojrzenie na oboje.
- Męża. Colin jestem - rzucił ifryt nonszalancko odgarniając zmierzwione włosy. Szybko ocenił poziom zagrożenia i po chwili uśmiechnął się - Widziałem cię, kiedyś na klatce schodowej. Mieszkasz piętro niżej, prawda?
Policzki młodej kobiety poróżowiały znowu.
- Tak, dokładnie. Chciałam przywitać się z nowymi lokatorami. I proszę mówcie mi Sam.
- O to przybyłem w porę. Ho… Elli zaniosłabyś to do sypialni? - niemal rzucił jej torbę - Widzę nie ugościła cię zbyt dobrze - mrugnął łobuzersko do Sam, która wyglądała jakby okulary miały jej zaraz zaparować.
Walkiria spojrzała lekko skonsternowana na ukochanego, który rzucił jej niemal ostre spojrzenie i skinął głową by wyszła. Zrobiła jak kazał i położyła teczkę na stoliku obok łóżka.
Wróciła do salonu, gdzie Samantha zaśmiewała się do rozpuku z czegoś co powiedział ifryt.
- Nawet nie wiedziałam, że tak można - powiedziała przez łzy, które spływały jej ciurkiem po twarzy.
- Wtedy ona też nie wiedziała - Nick uśmiechnął się ewidentnie czarując sąsiadkę - Mała chodź pomożesz mi w kuchni. Wybaczysz nam na moment, Sam? - złapał ciastka i zniknął w drzwiach.
Dziewczyna wyjęła z szafki talerz, a ifryt spojrzał na nią z dezaprobatą.
- Pozwoliłaś komuś obcemu tak o wejść do domu?
- Przecież nie jest groźna. To człowiek - odparła cicho Holly nakładając ciasteczka na talerz, kiedy mężczyzna sięgnął do szafki nad jej głową i wyjął, tak jak przewidywała, kawę - Czy ty pijesz cokolwiek innego?
- Wyluzuj. Nieśmiertelność, czy coś - błękitny płomień błysną ł w jego oczach - Na zawał nie padnę, a trzeba czymś ocz testować gościa.
Holly przewróciła oczami i zaniosła talerz do salonu.
- Wybacz. Po przeprowadzce nic nie ogarniam, ale z chęcią spróbuję twoich wypieków - skłamała gładko i usiadła naprzeciw nowej znajomej.
- Dziękuję. To zwykłe czekoladowe ciasteczka, ale dodałam do nich orzechy. Lindsey, moja kuzynka, twierdzi, że są boskie. Spróbuj proszę - jej bursztynowe oczy spojrzały zachęcająco.
Walkiria uśmiechnęła się i chwyciła okrągłe ciacho. Ugryzła i momentalnie uśmiech zniknął. Z trudem zamknęła usta, ale bała się pogryźć.
Sam spojrzała na nią z ukosa.
- Nie smakuje?
Demonica szybko pogryzła i połknęła. Zaśmiała się.
- Są boskie -"Jak zmiażdżone robaki zmieszane z piaskiem" - Koniecznie przynieś mi przepis.
Kobieta aż pokraśniała.
- To jedz, jedz, smacznego. Jesteś bardzo chuda, powinnaś się lepiej odżywiać - pokiwała na nią placem i skubnęła jedno ciasteczko. Oblizała się zadowolona. Jej wyraźnie sprawiało to przyjemność.
Holly dokończyła swoje zadowolona, że udało się jej nie wykrzywić. Pod przymusem Sam wzięła kolejne i niemal je połknęła.
 

 
Niepokonani: " Rzeczywistość" cz.I

Nick siedział przy dużym dębowym stole przeglądając papiery. Było już grubo po północy i oczy kleiły mu się ze zmęczenia. Z obrzydzeniem spojrzał na kubek z niedopitą kawą. Miał już jej serdecznie dosyć. Ciemne cienie rysowały się pod jego błękitnymi oczami zaczerwienionymi od ciągłego gapienia się na drobne literki. Mógł być sobie ifrytem, ale sen był mu potrzebny. A zamiast korzystać z luksusów domu wkuwał na pamięć prawo panujące w Centrum niczym uczeń w szkole. Paragrafy i podpunkty mieszały mu się przed oczami, a cyfry i litery przeskakiwały z miejsc na miejsce.
Kogo obchodził zakaz palenia w miejscach publicznych, albo nielegalnego handlu? W slumsach czegoś takiego nie było i nikt od tego nie umarł… prawdopodobnie.
Jednak wiedział, że bez znajomości zasad panujących w jego nowym domu szybko wpadnie w ręce glin, które pilnowały porządku. A lepiej było ukrywać swoją obecność przed wszystkimi władzami.
- Spać! - rąbnął głową w drewno co tylko spowodowało ból głowy, a nic nie pomogło. Wybitnie nie chciało mu się już nic robić, marzył o tym by spokojnie odpocząć. Powieki ciążyły coraz bardziej. Zamknął piekące oczy napawając się chwilą ulgi. Powoli odpływał w błogi niebyt…
- No cholera - poderwał się, gdy zdał sobie sprawę, że znowu przysypia. Chwycił kubek i dopił zimną już kawę wzdrygając z obrzydzenia. Wstrętna lura! Nawet jeśli na początku mu smakowała teraz po piątym kubku zmienił zdanie.
Zerknął na zegar stojący w kącie salonu. Było za kwadrans druga, a po Holly ani śladu. Znowu… miał wielką ochotę zamknąć drzwi na klucz, ale jak znał życie albo zaczęłaby wrzeszczeć, albo zdemolowała by je. Zresztą nie zmrużyłby oka dopóki nie upewniłby się, że wróciła bezpiecznie. Zgarnął porozwalane wszędzie kartki na kupę i zaczął od nowa. Kawa w ogóle na niego nie działała, ale próbował chociaż udawać, że jest inaczej. Litery rozmazywały mu się w linijki, które zaczynały się kołysać i falować, aż w końcu obraz zlał się w jeden wielki okrąg. Oparł głowę na złożonych ramionach. Gdyby tylko się tak chwileczkę zdrzemnął nic by się nie stało. Jednak wiedział, że jak padnie to do rana nie wstanie.
Rzucił zrozpaczone spojrzenie na zegar. Wskazówka niewiadomo kiedy przesunęła się o czterdzieści minut. Było już prawie wpół do trzeciej.
- Hej wróciłam - dobiegł go wesoły głos od drzwi i szczęk zamka. Ifryt ociężale wstał od stołu i powlókł się do przedpokoju.
- Gdzie ty, do jasnej cholery byłaś? - wymamrotał mrużąc oczy. Jasne oświetlenie raziło jego biedne oczy.
Walkiria zrzuciła buty i powiesiła płaszcz na haku. Odwróciła się do niego z uśmiechem, a jej ruchy były pełne energii.
- Co ty taki rozbity? - dźgnęła go palcem w pierś i zaśmiała się rozbawiona jego miną.
- Żartujesz sobie? Czekam od dobrych czterech godzin, aż księżniczka raczy łaskawie wrócić do domu i jednocześnie uczę się za nas dwoje zasad które tu panują - warknął rozdrażniony, a Holly przewróciła oczami - Tobie przynajmniej widzę polowanie się udało - zauważył.
Od kiedy wrócili do ludzkiego miasta dziewczyna musiała wrócić do starego stylu życia, jednak nie narzekała na to zbytnio. Niewola u łowców zmieniła jej podejście do ludzi. Teraz już nie wyrzucała sobie tego. Zresztą przyszła za nim dobrowolnie wiedząc co ją będzie czekać.
- No, ale co się dziwisz, że tak późno wracam kiedy muszę przedzierać się do dzielnic biedy, by nas "władza" - zrobiła palcami znak cudzysłowu - nie złapała.
Nick westchnął. Który raz już to powtarzali…
- Nie mam siły się z tobą kłócić. Idę spać, jutro wychodzę na cały dzień, bo muszę załatwić nam potrzebne dokumenty. Branoc - mruknął i odwrócił się na pięcie, kierując w stronę sypialni. Po kąpieli miał na głowie dziwny twór, ale nie miał już w sobie dość energii by doprowadzić włosy do porządku. Najwyżej jutro je zwiąże.
Padł na łóżko i zamknął oczy z błogim uśmiechem na twarzy. Zasnął szybko świadom tego, że jak wstanie będzie się czuł tylko gorzej.

Holly usiadła przed lustrem w łazience i wzięła do ręki szczotkę. Powoli rozczesywała pasma tak, że w końcu spływały na jej ramiona układając się w miękkie fale. Zdjęła z siebie przesiąknięte zapachem krwi i alkoholu ubrania i cisnęła w kąt. Odkręciła kurki pod prysznicem i wskoczyła pod strugi gorącej wody. Zamknęła oczy pozwalając by woda zmyła z niej krew i kurz, które osiadły na skórze. Dopiero wtedy poczuła się senna i przymulona. Wyszła z kabiny i chwyciła ręcznik osuszając dokładnie skórę i włosy. Zarzuciła na siebie przydługą koszulę i uśmiechnęła do swojego odbicia. Wracając do zwykłego sposobu odżywiania szybko odzyskała swoją dawną sylwetkę i przestała przypominać naciągnięty skórą szkielet. Rysy twarzy zmiękły, a włosy lśniły zdrowym blaskiem.
- Bosko - westchnęła zadowolona i wróciła do salonu. Spojrzała z westchnieniem na porozrzucane po podłodze kartki i pusty kubek na stole - Bałaganiarz.
Pozbierała papiery i ułożyła w stos na blacie stołu, a naczynie opłukała pod zlewem i zostawiła na suszarce. Powoli zaczynała ogarniać to jak żyją ludzie.
Pierwsze dni były dla niej szokiem. Kompletnie nie wiedziała jak się odnaleźć w tym nowym świecie. Choć spędziła między ludźmi całe życie, to jednak dopiero teraz dostrzegała jak wiele ją ominęło. Stałe miejsce zamieszkania wymagało pracy. Zwyczajny dzień wymagał pamiętania o wielu drobiazgach, którymi wcześniej nie zaprzątała sobie głowy. Gdyby nie Nick pogubiłaby się w tym wszystkim.
Zgasiła światło w salonie i łazience i po ciemku weszła do sypialni. Jej ifryt spał jak zabity. Jego miarowy oddech był jedynym co zakłócało nocną ciszę. Zasłony na oknach były poodsłaniane i okrągły księżyc oświetlał jego twarz. W kącikach jego ust błąkał się delikatny uśmiech i walkiria nie mogła się powstrzymać od szerokiego uśmiechu. Nicolas wyglądał jak anioł, ale duszę miał demoniczną. Cudowne połączenie.
Cieszyło ją to, że wraz z mocą odzyskał pełnię zdrowia i rany zadane przez demon zagoiły się błyskawicznie. Wystarczyło mu już tych blizn, które odcinały się jasno od opalonej skóry.
Holly złapała się na tym, że gapi się na swojego ukochanego z głupim uśmiechem na ustach. Niemal przerażona swoim sentymentalizmem pokręciła głową i szybko wskoczyła pod miękką burgundowi pościel. Sen zmorzył ją niemal tak szybko jak Nicka.
 

 
Niepokonani: " Cena miłości"

Marco szedł podziemnym korytarzem za Isabel pochylając się mocno, by nie uderzyć głową o niski strop. Krwawowłosa demonia niosła pochodnie, która oświetlała im drogę.
- Naprawdę nie rozumiem, czemu nie mógłbym pójść sam. Byłoby szybciej - zaczął swą śpiewkę bezpański, na co dziewczyna przewróciła oczami.
- To mój facet i to ja znajdę antidotum. Zresztą ty penie nawet nie wiesz jak to wygląda.
- Możliwe, ale nie podoba mi się taka samowolna akcja. Twoja królowa jak się dowie powiesi mnie na haku.
- Trudno, nie pozwolę by Tabris umarł przez to, że jej wojownicy boją się nadludzi. O to tu - wspięła się po prowizorycznych drewnianych schodach i wyszła na powierzchnię. Marco podążył za nią.
- Dobra, ty robisz dużo hałasu, a ja kradnę truciznę. Proste prawda? - zgasiła pochodnię w zamarzniętej trawie i otoczyła ich ciemność. Pod osłoną nocy rozpoczęli akcję.
Marco z uwagą patrzył na swą towarzyszkę, która bezszelestnie szła obok niego. Jej lekko skośne oczy zmrużone były w wyrazie pełnego skupienia. W ręce trzymała odsłonię długie ostrze, gotowa w każdej chwili zrobić z niego użytek.
- Zależy ci na nim, aż tak bardzo? - spytał cicho, na co ona zmiażdżyła go spojrzeniem.
- Oczywiście, że tak. A teraz się zamknij i rób to co powinieneś. Musimy zdobyć truciznę dzisiaj. Drugiej szansy nie będzie.
Demon skinął jej głową. Doskonale o tym wiedział.
Na skraju miasta Rise rozdzielili się. Isabel miała okrążyć siedlisko mutantów, a on wkroczyć w sam środek i zrobić zamieszanie. Mimo wszystko nie czuł strachu. W końcu mógł się przenieść w dowolne miejsce, kiedy tylko zechciał.
Wspiął się na skały z których miał doskonały widok na całą okolicę. Szybko zauważył, że łowcy nie rozstawili straży. Nadludzka siła dodała im odwagi. Po ataku demonów powinni wykazać się odrobinę większym rozsądkiem.
- Ludzka pycha - pokręcił głowa z dezaprobatą i ześlizgnął się ze skał. Kilka kamyków usunęło mu się spod nóg i z dość głośnym stukotem stoczył w dół.
Kilku ludzi jak na komendę podniosło głowy znad ognisk.
- Kto tam? - jeden wstał i wyjął z ognia płonącą gałąź - Pokaż się.
Marco podniósł ręce do góry.
- Nie zabijajcie, to tylko ja - zsunął się powoli z niewielkiego nasypu i wszedł w krąg światła. Przybrał nieszczęśliwą minę - Zabłądziłem w drodze to Triwoltu. Powiedzcie mi proszę co to za miasto?
- Rise - odezwał się ktoś - Gdzieżeś zabłądził, przyjacielu? Do Triwoltu daleka droga.
Demon westchnął ciężko.
- Podróżowałem z Salitu, gdy na moich ludzi napadły demony. Nie wiedziałem, że one atakują podróżnych. Szybko pozabijali i pożarli moich ludzi. Ja jedyny uciekłem na koniu, ale biedne zwierze padło wczoraj z głodu i wyczerpania. Myślałem, że nie dotrę do siedziby ludzi.
- To masz szczęście, chłopie. Za odpowiednią zapłatą pomożemy ci dotrzeć do domu - starszy łowca uśmiechnął się chytrze.
Marco udał, że nie widzi jego spojrzenia.
- Naprawdę? Jestem arystokratą, moja rodzina was sowicie wynagrodzi - paplał dalej co tylko ślina na język przyniosła. Czekał na sygnał od Isabel. Powinna się pospieszyć trochę….

Tymczasem demonica zwinnie jak drapieżnik przemykała między namiotami. Uzdrowicielka stwierdziła, że wystarczy ok. 200 ml by sporządzić antidotum, więc nie musiała tachać tego wiele. Przekradła się do namiotu z zaopatrzeniem. Marco dobrze odgrywał rolę zagubionego bogacza, skupił na sobie uwagę wszystkich. Bez zwracania uwagi weszła do środka i mgła swobodnie rozejrzeć się po półkach. Zignorowała leżącą na ziemi broń i skierowała się do prowizorycznej szafy, na której stały przeróżne butelki oznaczone i po podpisywane. Zaczęła szybko przetrząsać je czytając nazwy najprzeróżniejszych trucizn, które sama znała.
- Gdzie to jest? - syknęła coraz bardziej zdenerwowana. Jeśli okazałoby się, że łowcy zabezpieczyli toksynę, są skończeni.
Nagle w jej ręce trafiła niezbyt duża fiolka wypełniona ciemnoczerwonym płynem.
- Obiekt 0 - przeczytała. Więcej nie pisało na nalepce. Odkorkowała buteleczkę i powąchała. Ostra woń raniła jej nos, musiała powstrzymać się by nie kaszleć. Odsunęła fiolkę na odległość ramienia i gdy zapach lekko się rozmył wyczuła znajomą woń. Taki sam zapach, choć może delikatniejszy otaczał Tabrisa. To musiało być to!
Poderwała się i niechcący zahaczyła ramieniem o półkę. Ta spadła, a szklane butelki potłukły się.
- O kurwa - Isabel zrobił się słabo.

Marco doskonale słyszał dźwięk tłuczonego szkła. Łowcy zapewne też sądząc po ich minach.
- Co się dzieje? - najstarszy z nich odwrócił się w stronę skąd słychać było dźwięk.
- Absolutnie nic - demon stwierdził, że trzeba skończyć przedstawienie. Odsunął iluzję pokazując ludziom swe prawdziwe oblicze. Jego oczy koloru nocnego nieba zalśniły złowrogo w świetle płomieni.
Rozwinął ciemne skórzane skrzydła i uśmiechnął się do zszokowanych mutantów.
- Panowie, to jak, chyba się dogadamy - ukazał im kły smakując unoszące się w powietrzu przerażenie.
- Demon - szepnął ktoś - Potwór.
- A i owszem - Marco rozłożył szeroko skrzydła. Nie ukazywał ich od ponad stu lat, ale teraz miał dopiero ku temu powód. - Chcecie zobaczyć, co znaczy prawdziwa demoniczna siła? - zaśmiał się ochryple - Jestem silniejszy niż którykolwiek inny demon. Chcecie się ze mną zmierzyć?
- Blefujesz - dobiegł go głos, który niestety rozpoznawał.
- Czyżby miał przyjemność poznać dowódcę Jacka? - założył ręce na piersi. Więc to ta kreatura więziła słodką Holly przez ponad rok?
Jack zaśmiał się, a jego potargane włosy odsłoniły lodowato niebieskie oczy.
- Widzę, że dobyłem już sławę w Miastach, bezpański. Po co tu przyszedłeś i mamisz moich ludzi?
- Słyszałeś o czymś takim jak zemsta. Skrzywdziłeś moją protegowaną - warknął.
- Mówisz o młodej damie imieniem Holly? Gdzie ona teraz jest? Czyżby rozpaczała po stracie swojego przyjaciela?
A więc nie wiedział, że Nick żyje…
- Demony nie rozpaczają. Ale pozbawiłeś ją ulubionego zwierzaka - "Jak Nick się dowie jak go nazywam to mnie wdepcze w ziemię…" - Każdy demon jest przywiązany do swojej własności.
- Przykro mi. Też jesteś jej własnością? - bezczelność łowcy nie znała granic - Jak zwrócę jej twoje oczy to będzie chciała się zemścić.
Marco wiedział, że nadczłowiek chce go rozproszyć i zdekoncentrować. Nie wiedział najwidoczniej, że demon ma kilkaset lat doświadczenia w walce i miał o wiele inteligentniejszych przeciwników. Miał podzielną uwagę i widział jak nadludzie powoli szykują broń.
- Tak się składa, że Holly mnie nienawidzi niemal tak bardzo jak ciebie. Akurat moją stratą przejmować się nie będzie.
- Och - wąskie usta łowcy rozciągnęły się w obleśnym uśmiechu - Więc może za tą damą się stęskni? - pstryknął palcami, a dwóch łowców przywlokło półprzytomną Isabel. Jej skórzany kostium nasiąkał krwią wypływającą z rany na boku. Wciąż tkwił w niej nóż.
Rzuciła mu zrezygnowane spojrzenie.
- Co ty na to? - Jack odwrócił jego uwagę od demonicy.
Bezpański zacisnął pięści.
- Zostaw ją w spokoju - ryknął i wyciągnął długi sztylet zza cholewy buta. Dźgnął pierwszego łowcę w szyję, a drugiego powalił ciosem pięści w nos. Wiedział, że to nie starczy, ale zyskał chociaż chwilę.
Nie zauważył Jacka, który wymierzył mu cios w brzuch. Demon zwinął się bardziej z szoku niż z bólu. Nie docenił siły tych kreatur. Nie spodziewał się, że mogą dysponować, aż tak potężną energią. Uderzenie posłało go na ziemię, a kusze wymierzone w jego głowę skutecznie ostudziły chęć rewanżu. Zacisnął ręce na brzuchu błagając by wewnętrzny krwotok ustał.
- Dobra - sapnął - Jesteś lepszy. Wyrazy uznania i tak dalej. A teraz puść małą.
Łowca spojrzał na krwawowłosą dziewczynę, która jęczała z bólu na ziemi.
- I tak umrze. Nic na tym nie zyskacie. Ja nie targuję się z demonami.
- A ja nie zostawiam nadludzi żywych - wrzasnął wściekle Marco i wbił wciąż trzymane ostrze w oko dowódcy łowców. Uniknął wystrzelonych w ich kierunku bełtów i przypadł do Isabel.
- Cholera jasna - próbował ją podnieść, ale nagły ból w ramieniu uniemożliwił mu podniesienie prawej ręki. Kątem oka dostrzegł wbity w bark bełt i wyszarpnął go szybko.
- Uciekaj - dziewczyna wcisnęła mu w ręce małą fiolkę - Spojrzała na niego zrozpaczonymi złotymi oczami - Musisz pomóc Tabrisowi. Ja ich powstrzymam być mógł odlecieć - poderwała się na równe nogi i zdzieliła kopniakiem w głowę nadbiegającego łowcę.
- Głupia. Wracasz ze mną - złapał ją za ramię, ale się wyrwała i uderzyła go w twarz.
- Wynoś się - wyrwała mu zakrwawiony sztylet. Jej chude ramiona drżały, ale uniosła go wysoko gotowa odeprzeć każdy atak.
Marco rzucił się na atakujących go łowców, gdy poczuł jak coś przebija jego udo. Zawył z bólu zanim jeszcze poczuł jak miecz dosięga jego piersi i rozcina skórę i mięśnie od obojczyka po mostek. Odskoczył gdy Isabela rzuciła się to ataku niczym szkarłatna furia.
- Wynoś się, wynoś - zawyła, a jej oczy zaszkliły się - To jest rozkaz. Obiecałeś mi posłuszeństwo. Uciekaj.
Marco w otępieniu wywołanym trucizną rozłożył skrzydła. Schował butelkę z trucizną pod płaszcz i rzucił Isie ostatnie spojrzenie.
Był wojownikiem. Żołnierzem. A rozkaz dowódcy był rzeczą świętą. Młócąc skrzydłami wzniósł się ponad nich i szybciej niż błyskawica rozpędził zostawiając w tyle łowców i demonicę. Nie mógł dobrze manewrować skrzydłami. Uniemożliwiał mu zbyt rozległe rany. Jednak ignorując cierpienie przyspieszył by oddalić się jak najbardziej od tego miejsca. Jego umysł był pusty, odrzucił wszelkie uczucia byleby nie zawrócić.
To był jego rozkaz. Wypełnił go.
Zanurkował ku pokrytemu śniegiem lasowi.
To był rozkaz. On go wykonał. Dzięki temu wygrał. I przegrał.

Isabel kiedy dostrzegła jak Marco znika na nocnym niebie przestała odczuwać strach. Nie musiała już walczyć. Pozwoliła by łowcy wytrącili jej z rąk ostrze i unieruchomili w żelaznym uchwycie.
Jack pochylił się nad nią patrząc jednym okiem. Drugie uleczało się, jednak wciąż nie widać było tęczówki i źrenicy.
- I co? Wielki wojownik cię opuścił - poczuła muśnięcie jego szorstkiej dłoni na podbródku - Boisz się?
- Na pewno nie ciebie, marności - prychnęła nawet nie próbując się wyrwać z uścisku łowców.
- Wy demony, przypominacie mi drapieżniki. Jesteście słabsi, ale przez głupią dumę nie potraficie pokłoni się potężniejszym od siebie. Daję ci wybór - uśmiechnął się wrednie - Nie jesteś brzydka, możesz zostać moją nałożnicą. Jeśli jesteś mądra możesz zauważyć tym wielką szansę.
Isabel ogarnęła wściekłość.
- Ty pieprzony, zadufany w sobie idioto. Żadna kobieta z Królestwa Demonów Nocy, czy Miast nie zbliży się do takich jak ty. Jesteście bardziej odrażający niż najgorsze nocne koszmary, bo wasze wnętrze gnije. Nie zdradzę swojej miłości.
- O jakie to rozkoszne - zaśmiał się sztucznie łowca. Machnął ręką na jednego z swoich ludzi, a ten podał mu ostrze. Doskonale wyszlifowane krawędzie służyły tylko do jednego celu - Szkoda, że zmarnowałaś swoją szansę.
Łowcy wypuścili ją, a ona podniosła dumnie głowę posyłając łowcom stalowe spojrzenie. Skierowała swój wzrok na Jacka. Triumfalny uśmiech zniknął z jego twarzy. Najwidoczniej spodziewał się, że będzie błagać o litość.
- Wygramy - szepnęła i zamknęła oczy przywołując w pamięci obraz Tabrisa.
Nie usłyszała świstu miecza, ani bólu. Pochłonęła ją ciemność.

Jack zacisnął wargi w zwierzęcy grymasie. Krew ściekała z jego twarzy i miecza, gdy odwrócił się do swoich towarzyszy.
- Spalcie to - wypuścił ostrze z dłoni i przepchnął się między nich by wyjść na otwartą przestrzeń. Nawet nie odwrócił się by spojrzeć na rozczłonkowane zwłoki. Demony umierały z taką godnością, która go wkurzała. Lepiej by się czuł, gdyby płaszczyły się przed nim drżąc ze strachu.
- Alex - machnął dłonią na stojącego pod ścianą chłopaka. Ten otworzył srebrne oczy. Jako świeżo przemieniony nadczłowiek powinien mieć kilka tygodni spokoju zanim wróci do służby, jednak mężczyzna go potrzebował.
- Tak, dowódco? - Alex podszedł bliżej mierząc go niepewnym spojrzeniem.
- Mam dla ciebie zadanie, młody. Demony nam coś ukradły, chciałbym żebyś ty dowiedział się co to mogło być, dobra? Dostaniesz za to premię - zachęcał go widząc jak Alex waha się.
- Nie wiem, czy podołam temu - zaczął niepewnie chłopak przeczesując włosy nerwowym gestem.
- Ja wierzę, że ci się uda. Sprzątałeś wcześniej naszą broń i zapasy, więc jak nikt inny nadajesz się to tej roboty. To dla nas bardzo ważne.
- W porządku. Co zamierzasz, Jack ? - nadczłowiek spojrzał w pytające oczy nastolatka.
- Zaczniemy w końcu plenić to zło, które rozpanoszyło się na naszych ziemiach. Demony zaczynają się robić bezczelne, trzeba im pokazać, gdzie jest ich właściwe miejsce.
- Myślisz, że da się zabić wszystkie demony? - niewinne pytanie rozbawiło go. Jack zachichotał pod nosem.
- Nie, nawet nie śmiem o czymś takim myśleć. Demonów jest mnóstwo, może nawet więcej niż ludzi. Trzeba wybić te najgorsze z nich, najinteligentniejsze i najwyżej rozwinięte. Głupimi i słabymi łatwo jest manipulować nieprawdaż? Naszym zadaniem jest właśnie zniszczenie najsilniejszych komórek demonicznego świata. Obalimy władców, wymordujemy Panów, zniszczymy ich wojowników i "arystokrację" - zaśmiał się wesoło - Zostawimy tylko to co będzie nam potrzebne. Nastanie nowa era dla ludzi i demonów. My będziemy teraz nimi rządzić tak jak królowie rządzą poddanymi. Nie, niewolnikami. Nie zostawimy im ani grama wolności.
- A Holly?
- A ona - Jack westchnął spoglądając w gwiazdy - Pozwolę jej patrzeć jak przyjaciele giną, a miasta obracają w gruzy. Dopiero potem okażę jej łaskę i zabiję.

* * * * *
Przepraszam, że tak krótkie to to jest. Wyssało ze mnie całą energię
  • awatar Kowalski, opcje!: Niech weźmie moje ciało. <deprecha>
  • awatar Seiti: Holly jako walkiria potrzebuje ciała, by sprowadzić duszę z powrotem? Cóż, żegnaj Ruda. Chce zobaczyć rozpacz Tabrisa. :D
  • awatar Zorena: Co!? Czemu!? Nie, ona nie mogła zginąć! Biedny Tabris...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Niepokonani: " Cierń w sercu"

- Nie - Christa posłała swojemu szpiegowi surowe spojrzenie - Nie mogę pozwolić na samowolną akcję. Przykro mi.
Isabel jęknęła zrozpaczona.
- Ale Tabris umrze jeśli nie dostanie odtrutki.
- Isabel, mówiłam już nie zgodzę się na to. Nie mogę posyłać moich demonów na pewną śmierć. Wierzę, że Tabris sobie poradzi. Jest silny.
Szkarłatno włosa dziewczyna nie mogła tego słuchać. Wiedziała, że królowa oszukuje samą siebie i nie chce narażać kolejnych podwładnych. Jednak lisi demon powoli umierał, a ona nie chciała pozwolić by zginął.
- Wiem, że twoja córka jest walkirią - zaczęła od nowa prześwietlając myśli Jej wysokości - Ale jeśli umrze jego ciało przeżre doszczętnie jad niszcząc je i zmieniając w proch. Holly nie sprowadzi duszy jeśli nie będzie ona miała gdzie wrócić. Czytałam o tym w księgach. Sama muszę go uratować - w jej oczach stanęły niechciane łzy.
- Nie zgadzam się - oczy Christy przepełnił chłód - To moje ostatnie słowo.
- Rozumiem - szpieg skłoniła się władczyni i wyszła z jej komnaty.
- I fiask, co? - obok drzwi oparty o ścianę stal Marco. Posłał jej znudzone spojrzenie - Mówiłem, że rozmowa z wielką królową nic na nie da. Ma serce z lodu, pewnie nawet gdyby chodziło o jej dzieci, nie uratowałaby ich.
- Więc jaki jest twój plan?
- Ukradłem eliksir Christy dla ciebie. Będziesz mogła swobodnie wyjść na ziemię i wkraść się do ludzkich miast.
- A ty? Obiecałeś mi pomóc - syknęła, gdy szli razem pustym korytarzem.
- No obiecałem - westchnął bezpański demon - I pomogę. Ja po prostu nie potrzebuję niczego by swobodnie chodzić gdzie chcę.
- W porządku. To jaki jest plan?
- Wyjaśnię ci potem. Nie chcę by ktoś podsłuchał i nam przeszkodził. Spotkamy się za dwie godziny, powiedzmy na dachu wschodniej wieży. Pasuje?
- Okey - skinęła głową, a Marco skręcił w boczny korytarz - Dziękuję - dodała.
Demon odwrócił się, a jego ciemnoniebieskie oczy otaksowały ją spojrzeniem bez wyrazu.
- Masz u mnie dług. Nie dziękuj - i zniknął w mroku zanim zdążyła go zapytać jakiego rodzaju ma być to zapłata.
Zbiegła szybko po schodach i bez pukania weszła do komnaty uzdrowicielki. Kobieta sporządzała jakąś miksturę i nawet się nie odwróciła, gdy Isabel zrozpaczony wzrokiem wodziła po pomieszczeniu.
- Tab…
- Jest w przyległym pokoju - przerwała spokojnym głosem - Nie denerwuj się, gdyby coś się działo wezwałabym cię.
Dziewczyna szybkim krokiem przemierzyła pokój i otworzyła drzwi. Druga sala była niemal kompletnie pusta. Stały tam tylko łóżko, mały stolik i fotel. W białej pościeli leżał lisi demon, którego kolor twarzy niewiele się od niej różnił. Cicho niemal na palcach młoda demonica podeszła do niego i usiadła w fotelu. Bała się go dotknąć by nie naruszyć jego spokoju. Jego wargi przybrały lekko fioletową barwę, a wokół oczu pojawiły się ciemne podkowy. Policzki się zapadły, a rysy twarzy jeszcze bardziej wyostrzyły. Tabris wyglądał jak cień dawnej świetności.
- Kochanie - szepnęła, a lisie ucho drgnęło leciutko - Musisz jeszcze troszkę wytrzymać. Znajdę sposób, byś wyzdrowiał.
Spojrzała na jego twarz i wydawało jej się, że na chwilę pojawił się na niej uśmiech.

Cierpliwość Nicka była wystawiona na próbę. Przesłuchanie ciągnęło się niemiłosiernie długo a jeszcze nie zadali mu właściwie żadnego sensownego pytania. Musiał opisać im swój życiorys i rodzinę. Wypytywali go o życie ludzi w mieście, panujące tam warunki i stosunki między jego mieszkańcami. Zajęło im to chyba kilka godzin, ale ifryt miał wrażenie, że siedzi od kilku dni. Musiał pilnować się by nie zasnąć na krześle.
Skupił się dopiero, gdy zaczęli zadawać pytania odnośnie feralnej nocy, kiedy próbował zniszczyć nadludzi.
- Znamy historię opisaną przez Christę i naocznych świadków. Podpaliłeś dom niszcząc go kompletnie i zaatakowałeś ów nadludzi.
- Nie wznieciłem ognia celowo, nie jestem piromanem - odparł mając nadzieję, że nie potrafią czytać w jego myślach. W końcu zdążało mu się często podpalać podczas napadów….
- Nikt w to nie uwierzy. Ifrytom nie wolno ufać - odezwała się jakaś kobieta - Świadkowie twierdzili, że wyglądałeś na opętanego przez ogień. Jakbyś go nie kontrolował.
- Gdybym był opętany nic bym nie pamiętał, a nie mam amnezji - stwierdził po prostu. Kiedy niszczył wszystko wokół czuł euforię, tak jakby urosły mu skrzydła. Używanie mocy sprawiało mu dziką radość, zwłaszcza kiedy wymierzył ją przeciwko wrogowi.
- Więc dlaczego to tak wyglądało?
Ifryt westchnął.
- Widziałem do czego są zdolni nadludzie i co chcą osiągnąć. Uwięzili Holly i zabili mnie. Nie wszystko da się wybaczyć.
- Ale ten mniejszy na torturach powiedział, że cię zna. Że jesteś jego przyjacielem. To poważny powód by wątpić w twoją niewinność.
- Ten mały nazywa się Ruddie - syknął Nick - Byłem pewien, że zginał z ręki łowców. Był ostatnią osobą, którą posądziłbym o konszachty z nadludźmi. Zdradził mnie.
- Czyli mówił prawdę? - tym razem pytanie zadał mężczyzna. Nick odwrócił się w jego stronę.
- Owszem. Kiedy był jeszcze człowiekiem pomagał mi załatwiać lewe papiery i kraść. Taka mała przylepa z niego była, nie chciał się odczepić. Jego rodzice umarli na zarazę - jego głos zachrypł lekko - Szkoda mi go było więc pozwoliłem mu się szlajać za mną
- A ten drugi? Kojarzysz go?
- Nie, nie mam najmniejszego pojęcia kim może być. Ale myślę, że jak go weźmiecie w obroty to wszystko wyśpiewa. To jeszcze dzieciak. Dzieci są słabe.
- W porządku, wierzę ci. Jednak jedno nas wszystkich zastanawia. Twierdzisz, że zaopiekowałeś się tym Ruddiem, a nawet bez namysłu chciałeś go zabić. Wyjaśnisz nam swe powody?
- Nienawiść. Chciałem zniszczyć go bo zmienił się w nadczłowieka, bo pozwolił na to by zrobili z niego to coś. Nie chciałem, by zamienił się w bestię.
Milczenie, które nastąpiło po jego słowach ciążyło w powietrzu jak ołów.
- Przeraża was to, prawda? - odezwał się znowu uśmiechając krzywo - Zabijcie mnie w końcu i będzie po kłopocie - westchnął zrezygnowany.
- Nicolas - Miranda podniosła głos.
- Babciu, przepraszam, ale sam nie dam sobie z tym rady. Nie chcę tak żyć.
- Złamiesz serce mojej córce - nowy melodyjny głos wywołał poruszenie.
- Wasza Wysokość - głos sędziwego demona zagłuszył szmer zaskoczenia - Co tu robisz, pani?
- Przyszłam przemówić do rozsądku. Wam wszystkim. Hello, zwróć wzrok ifrytowi.
- Jak rozkażesz królowo - zaskrzeczał głos, niewątpliwie należący do wiedźmy która wcześniej rzuciła na niego zaklęcie. Zaczęła bełkotać coś pod nosem i nagle przed oczami mężczyzny zalśniło białe światło. Zamrugał zaskoczony, a gdy w końcu jasność została stłumiona zauważył, że ślepota minęła. Obraz co prawda był bardzo nieostry, ale lepsze to niż całkowita ciemność.
- Minie trochę czasu zanim zmysł wzroku zacznie prawidłowo funkcjonować - ubrana na biało królowa przeszła obok niego i usiadła w wygodnym fotelu. - A teraz zaczniemy wszystko naprawiać - splotła długie blade palce ze sobą.
Reszta towarzystwa widocznie już się otrząsnęła. Ponownie rozsiedli się na swoich miejscach i skupili uwagę na królowej.
- Cudownie. Zaczniemy od pewnego bardzo ciekawego faktu dotyczącego naszego drogiego tu obecnego ifryta - uśmiechnęła się do Nicka, ale jej spojrzenie pozostało poważne - Otóż, gdy wy moi mili zajmowaliście się wymyślaniem sposobów na zniszczenie Nicolasa, ja zajęłam się dwoma nadludźmi.
- Co Jej Wysokość z nimi zrobiła? - pomarszczony demon o szarej twarzy spojrzał zaciekawiony na władczynię.
- Zamknęłam w miejscu z którego nie dadzą rady uciec. Na nic im się zda siła, kiedy nie będą wiedzieli, gdzie jest wyjście - srebrnowłosa odparła zadowolona - Nie byli w stanie stawiać oporu. Rany zadane przez ifryta goją się bardzo wolno. Minęło już pięćdziesiąt jeden godzin od ów incydentu - skierowała spojrzenie na blondyna - Płomienie mogłyby ich zabić - dodała beznamiętnie.
- Skąd wiesz, pani? Żaden demon nie był w stanie ukatrupić tych plugawych mutantów. Jaką można mieć pewność, że to coś - szaro włosy rzucił pogardliwe spojrzenie Nickowi - jest w stanie to osiągnąć?
- Kobieca intuicja, Illiosie - mruknęła władczyni i oparła wygodniej o siedzenie - Proszę was o opuszczenie tego pomieszczenia, moi drodzy. Ogłaszam posiedzenie Rady jutro po południu. Mają się zebrać wszyscy członkowie.
- Oczywiście - demony skłoniły się królowej i po kolei opuściły pomieszczenie. Została tylko Miranda, która stanęła w kącie ze spuszczoną głową.
- Babciu usiądź - Nick posłał uśmiech staruszce, której twarz koloru pergaminu zdradzała obawę.
Starsza kobieta odwzajemniła uśmiech.
- Szarmancki jak dawniej, jednak wolę postać. Moje nogi są w całkiem dobrej formie i lepiej ich nie rozleniwiać.
Christa westchnęła.
- Za młodu też byłaś tak samo uparta, Mir - pokręciła głową - Dobrze, teraz możemy zacząć rozmowę na spokojnie. Nie będę owijać w bawełnę te całe przesłuchania to tak zwany pic na wodę - gdy Nick uniósł brew wzruszyła ramionami - Mój syn tak mówi. Ale do rzeczy. Chodzi mi o to, że nie ważne co będziemy robić i tak większość zagłosuje za śmiercią, przykro mi.
- Niby czemu? - to właśnie go zastanawiało najbardziej - Dlaczego władczyni naraża swój lud, dla kogoś kto w najlepszym wypadku wysadzi całe miasto w powietrze.
- Nick - tygrysica spojrzała na niego surowo. Jej wzrok niemal bolał.
- Chcę znać powód - dodał buntowniczo.
- Władza! - krzyk od drzwi sprawił, że wszyscy obecni podskoczyli.
W progu stała Holly wyglądająca jak siedem nieszczęść. Zmierzwione włosy okalały twarz ściągniętą w zwierzęcym grymasie.
- O co chodzi, skarbie? - Christa wstała, podobnie jak ifryt, który zwietrzył zagrożenie.
- Hayden miał rację. Ty wykorzystasz wszystko by osiągnąć najwyższą władzę - wściekła dziewczyna przekroczyła próg. Jej mętne spojrzenie nie pasowało do ogólnej agresji - Chcesz go oszczędzić, by pozabijać nadludzi, tak? A potem pozbędziesz się go jak śmiecia.
Mężczyzna spojrzał na nią zaskoczony. Współczucie lodowej królowej wydawało mu się dziwne, ale oskarżenia Holly jeszcze bardziej.
- Nie wiem co insynuujesz, kochanie. Czuję od ciebie alkohol skarbie. Czyżby Hayden cię poczęstował? - spytała spokojnie władczyni.
- Tak i dzięki temu mogłam przejrzeć twoje myśli. Jestem walkirią, więc nie myśl, że możesz coś przede mną ukryć - drżące dłonie zacisnęła w pięści - Nie zabijesz go! - jej oczy przybrały wyraz dzikiej nienawiści. Czarne kosmyki zaczęły unosić się jakby na niewidzialnym wietrze.
- Holly, uspokój się - Nick czuł ciemność, która emanowała od niej. Był pełen podziwu dla siły jej furii, ale to zaczynało być niebezpiecznie. Do czego może być zdolna wściekła walkiria?
Dziewczyna odwróciła się do niego. Zauważył, że jej białka pociemniały, a zielone tęczówki błyszczały tajemniczym światłem. Spojrzała na niego zrozpaczona. Nie kierowało nią szaleństwo, tylko strach. Jej lęk był niemal namacalny.
- Jak mam się uspokoić skoro próbują cię znowu zabić. Drugi raz na to nie pozwolę. Choćbym miała zwrócić się przeciwko tobie, matko - wycedziła, a jej czarna grzywa zatrzepotała jak flaga śmierci.
Christa wyglądała na zasmuconą.
- Wbijasz mi nóż w serce, córeczko. Tak się cieszyłam z tego, że odzyskałam cię. Myślałam, że będziesz rozsądniejsza - jej czarno czerwone oczy przybrały zimny wyraz - Myliłam się.
- Wasza Wysokość - Miranda podeszła bliżej - Twoja córka broni tylko ukochanego. Nie przekreślaj jej.
- Ukochanego - w ustach królowej to słowo zabrzmiało jak obelga. Nic poczuł na sobie wzrok pełen gniewu - Ktoś taki nie zasługuje na miłość.
- Czyżby - ifryt nawet nie podniósł głosu, a oczy wszystkich zgromadzonych odwróciły się na niego. Nawet się nie uśmiechnął - Nie tylko ty królowo myliłaś się. Byłem pewien, że mogę cię uznać za osobę godną zaufania. Powierzyłem twojej opiece moich ludzi. Byłem gotowy służyć na twój rozkaz z wdzięczności za pomoc. Bawiłaś się nami wszystkim. A ja się zastanawiałem po kim Holly to ma.
- Nicolas nie wykonuj żadnych pochopnych ruchów. Moi ludzie zaraz tu będą. Przykro mi Holly, ale nie mamy wyboru.
- Oczywiście, wybór - dziewczyna ignorowała protesty matki i podeszła do Nicka - Ja już go dokonałam.
- Jak śmiesz zdradzać nas wszystkich - w oczach władczyni ukazały się łzy.
Szczęk mieczy odwrócił uwagę ifryta od rodzinnej tragedii. Spojrzał na Holly.
- Zdecyduj się. Zostajesz z rodziną, czy idziesz ze mną.
Hipnotyzujące oczy spojrzały na niego z irytacją.
- A jak ci się kretynie wydaje? - złapała go za rękę i pociągnęła do drzwi.
Wybiegli na korytarz i rzucili się pędem jak najdalej stąd.
- Wiesz co robisz? - Nick spojrzał na biegnącą obok walkirie. Ta spojrzała na niego spanikowana.
- Nie, liczyłam na twoją pomysłowość. O w mordę - to ostatnie skierowała w stronę nadbiegających znad przeciwka demonów.
- Stać. Zatrzymać się - wrzeszczał ten na przodzie pędząc ku nim niczym pikujący sokół na królika.
Nick złapał Holly za ramię i odepchnął za siebie.
- Zamknij oczy - rozkazał i z całej siły skupił się na ulotnej cząstce energii, która wciąż się w nim tliła. Pstryknął palcami.
Błękitny ogień objął cały korytarz pochłaniając demony. Poparzeni i oślepieni wojownicy Christy pozwolili im swobodnie przemknąć się obok.
- Jak ci się to udało? Złamałeś zaklęcie? - wydyszała Holly zrównując z nim tępo gdy wbiegali po schodach.
- Nie mam pojęcia!
Wpadli na Haydena, który rąbnął głową w ścianę.
- Ja pierdolę co za kretyni - wymamrotał na ziemi zanim Nicolas szarpnięciem nie postawił go na nogi.
- Słuchaj no. Znasz może jakąś dobrą kryjówkę, której twoja matka nie znajdzie? - syknął przyciskając go do ściany.
- Wiedziałem, że ten dzień kiedyś nadejdzie - wysapał srebrnowłosy nie mogąc złapać tchu - Mówiłem ci, siostra, że z matce nie można ufać.
Ifryt podniósł go do góry i trzasnął o ścianę.
- Jeśli chcesz uratować siostrę to lepiej gadaj.
- Leisenstad, ulica Mistyk, apartament Viellis, mieszkanie 15. To Centrum, tam szukać was nie będą - zipał coraz bardziej czerwony chłopak.
- Puść go bo się udusi - Holly złapała mężczyznę za ramię i pociągnęła za sobą - Mam u ciebie dług, braciszku.
- Spoko - Hayden złapał się za gardło i odkaszlnął - Przywal mi, ale to tak porządnie. Będzie, że próbowałem was powstrzymać.
- Z przyjemnością - Nick nawet się nie zawahał, gdy przygrzmocił chłopakowi w szczękę, tak, że kość została złamana. Hayden osunął się na ziemię nieprzytomny.
- Za mocno go walnąłeś - Holly spojrzała na niego z wyrzutem.
- Wyzdrowieje. Teraz to musimy uciekać - dotarli do okna.
- Co ty zamierzasz zrobić? - Holly patrzyła na niego przerażona.
Mocniej złapał jej rękę.
- Zaufaj mi - zacisnął powieki i poczuł jak tafla szkła rozbryzguje się w wyniku zderzenia. Poczuł, jak opadają w dół ku ziemi. Przywołał płomienie i otulił ich oboje błękitnym kokonem. W myślach wypowiedział adres podany przez Haydena.
Poczuł jak paznokcie dziewczyny wbijają się w jego skórę i upadli na coś twardego, aczkolwiek nie był to kamienny dziedziniec.
Nick otworzył oczy. Słoneczne światło wpadało przez panoramiczne okno oświetlając duże pomieszczenie w którym się znajdowali. Podłoga na którą upadli miała przyjemny wiśniowy odcień. Pod ścianą stało duże łoże przykryte burgundowi narzutą, a naprzeciwko niego był kominek wmurowany w ścianę. Przed nim leżał czarny gruby dywan.
- O kurde - Holly aż otworzyła usta ze zdziwienia. Nick wstał i podał jej rękę.
- No trzeba przyznać niezłe gniazdko twój braciszek stworzył - objął ją ramieniem, gdyż nogi drżały jej jak u źrebaka.
- Co myśmy narobili, Nick? - spytała szeptem wtulając się w jego objęcia.
- Dużo kłopotów - stwierdził rzeczowo ifryt, ale po chwili uśmiechnął się wesoło - Jesteśmy wolni, moja mała diablico.
- Co to znaczy? - uniosła brew, ale lekki uśmiech rozbawienia rozjaśnił smutną twarz.
- Będziemy teraz działać na własną rękę - płomienie zalśniły w błękitnych oczach.
  • awatar SallyLou: @Lisa Angels: Wcześniej Hayden chciał ukatrupić siostrę bo był zazdrosny o Marco. A z racji tego, że ona miała demona gdzieś, to nie miał już do niej żalu :)
  • awatar Lisa Angels: a mnie najbardziej zastanawia zmiana Haydena, od tak pokochał siostrzyczkę, a na początku przysięgał że ją zamorduje
  • awatar Kowalski, opcje!: Co ja tutaj pacze? Czyżbym widziała nowy rozdział. Zabieram się za lekturę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›