• Wpisów: 215
  • Średnio co: 8 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 20:47
  • Licznik odwiedzin: 21 134 / 1790 dni
 
sallylou
 
SallyLou: Kajam się w pokorze, za to co napisałam. Nie jestem ostatnio w formie i wymyślenie czegoś porządnego, graniczy z cudem. Postaram się by od następnego rozdziału było mniej nudno :D I postaram się odnaleźć moją zagubioną wenę, bo nawet ona uciekła ode mnie z krzykiem.

Rozdział X

Dni mijały monotonnie i bez żadnych sensacji. Błogosławieni, którzy przybyli do miasta, byli spokojni i nie robili żadnych kłopotów, co oszczędziło księciu zmartwień, a Tadakiemu i reszcie Czarnej Róży dało więcej swobody. Nie dotyczyło to Mei, która musiała wciąż pracować nad swoimi umiejętnościami. Szło jej dość opornie, ale w miarę upływu czasu zaczęła zauważać, że walka wręcz i bronią idzie jej coraz lepiej, a ciało powoli przystosowuje się do zwiększanego wysiłku. Ruch na świeżym powietrzu miał dużo zalet, a chyba najkorzystniejszą było to, że przez trening nie miała czasu na zastanawianie się, czy Leon jest cały czas zły i czy Akihiro zechce współpracować z jej dziadkiem.
Któregoś dnia, gdy spacerowała po dziedzińcu, ku swojemu zaskoczeniu zobaczyła roześmiane oblicze Akiego, który machał do niej ręką.
Nie wiedziała co zrobić. Tadaki nie powiedział jej, że go wypuścili, więc mógł to być podstęp. Z drugiej strony zauważyła, że strażnicy dyskretnie pilnujący włości swego pana nic sobie nie robią z jego obecności. Uznała, że carewicz nie jest aż tak głupi by knuć postęp.
- Jakim cudem dziadek ci pozwolił wyjść? - spytała podchodząc do niego.
- Wiesz, ktoś pewnie niedługo by zauważył, że nie pojawiam się w okolicy i pan Northen zaraz by zaczął węszyć - odparł przekrzywiając głowę.
- W porządku - dziewczyna podejrzewała, że Tadaki może tak zrobić - Czegoś sobie życzysz wasza wysokość? - nie mogła się oprzeć, by nie wcisnąć w te słowa całej dawki jadu. Sprawiało jej to przyjemność.
- Właściwie to tak, panno Mishimori - Aki zmrużył oczy, ale nie wydawał się być zbytnio urażony - Mam ochotę porozmawiać z Linem.
- Księciem Linem -poprawiła go ostro Mei zanim załapała, że zaczyna mówić jak dziadek - Nie rozumiem tylko dlaczego przychodzisz do mnie. Decyzja zależy od rady i księcia, a nie "psa władcy".
- Daj spokój, przecież on cię lubi. W końcu inaczej sam by nie zareagował, kiedy Shi-ne zaczepiał cię.
- A skąd ty w ogóle o tym wiesz? Jakoś nie widziałam cię wtedy wśród gości - syknęła dziewczyna rozglądając się.
- Daj spokój mnóstwo ludzi uwielbia plotkować. Gdybyś nadstawiła ucho usłyszałabyś o sobie rzeczy, o których nie miałaś pojęcia.
- Jak moje rzekome narzeczeństwo - mruknęła ponuro Przeklęta - Słuchaj, równie dobrze możesz iść z tą prośbą do dziadka, który w przeciwieństwie do mnie widuje księcia często.
- Prosić twojego dziadka o pomoc to jak wkładać rękę do pyska tygrysa. Błagam ulituj się nade mną.
Mei poczuła zażenowanie. Powinna była odejść od razu ignorując carewicza, a jak ostatnia idiotka wdała się w dyskusję z nim, choć przeczuwała, że coś kombinuje. Cholerny manipulant zmuszał ją do tego by współczuła mu, jak nad jakiemuś nieszczęśnikowi dotkniętemu tragedią.
- Nie wiem czy się uda - westchnęła zrezygnowana.
Aki uśmiechnął się szeroko.
- Jestem dozgonnie wdzięczny - pochylił lekko głowę.
- Zapłacisz mi za to - burknęła dziewczyna - Nie żartuję. Chcę pieniędzy.
- Oj Mei - Akihiro potargał jej włosy jak małemu dziecku zanim zdążyła odskoczyć - Udawanie wrednej ci nie wychodzi, jak na potwora jesteś strasznie miła.
- Dziękuję - odparła krótko próbując zapanować nad chaosem na głowie. Zastanawiała się czy carewicz naprawdę tak myśli, czy to tylko zawoalowana kpina.

- Wiesz co Olivio, czasami czuję do pewnych ludzi taką nienawiść, że mam wielką chęć zadać im ból - stwierdziła Mei drżącymi palcami poprawiając włosy. Czyste ubrania, które przyniosła służąca wisiały niedbale na oparciu fotela.
- Panienka za dużo czasu przebywa z tymi gburami spod ciemnej gwiazdy. Powinnaś mieć więcej empatii, w końcu panicz Leon bardzo cierpi.
Mei spojrzała krzywo na kobietę, która wygładzała niewidzialne fałdki na ubraniach.
- Nie mówię o nim. Chociaż tak przy okazji on też ostatnio mnie denerwuje. Ale wracając to tematu. Czy naprawdę wszyscy muszą traktować nas jak potworne pieski księcia. Co rusz trafia się inteligent który myśli, że będę grać jak on rozkaże.
- To dlatego, że wyglądasz z daleka na delikatną i nieśmiałą osóbkę, którą łatwo zmanipulować. Dopiero po jakimś czasie wychodzą z ciebie geny Tadakiego i wszyscy są przerażeni.
- A wspaniale - dziewczyna weszła do łaźni, by jak najszybciej zmyć z siebie cały ten kurz, który przylepił się do skóry. Zimna woda działała bardzo otrzeźwiająco, ale nie pomagała jej uspokoić się.
To, że jakimś cudem książę zaprosił Błogosławionego na kolację było podejrzane. Owszem wiedziała, że w grę wchodzą jakieś geny i obaj są ze sobą spokrewnieni, ale i tak miała wrażenie, że carewicz mógł lekko omamić Lina swoim talentem tak jak to zrobił z nią samą. Tak czy inaczej, jej obowiązkiem było przypilnować tego nieobliczalnego szaleńca, by czegoś nie wymyślił.
Gdy w końcu ubrała się i lekko rozgrzała, odetchnęła głęboko jak człowiek, który idzie na śmierć. W sumie nie wiedziała co ją czeka tego wieczoru, równie dobrze mogła zginąć…
Całe szczęście nie musiała przywdziewać tych śmiesznych, acz ślicznych sukni jak ta, którą miała na przyjęciu. W zwykłych luźnych spodniach i tunice czuła się najlepiej. Tylko, że…
- Olivio, co to właściwie jest? - podniosła niezbyt duży kawałek materiału w kolorze burgundu.
- To choli. Tak się noszą eleganckie młode damy…
- Przecież to pół ciała odsłania. Jak mam się pokazać władcy w czymś tak skąpym?
- Suknię na przyjęciu przebolałaś, to też włożysz.
- Ale zetną mnie za brak przyzwoitości - jęknęła zrozpaczona - Na pewno jest coś normalnego co mogę założyć.
- Dla twojej wiadomości to co tak cię odstręcza to prezent od lady Caroline i jej narzeczonego. Powinnaś docenić, że dali ci coś tak pięknego, a nie marudzić. No już wkładaj to.
Na szczęście chociaż spodnie były normalnej długości, choć i tak miała obawy wkładać tak piękne rzeczy. Już widziała jak zniszczy je przypadkiem…
- Dobra - westchnęła Mei i wstała - Raz się żyje.
Otworzyła drzwi i niemal uderzyła nimi kogoś, kto najwidoczniej miał zamiar wejść do środka.
- Przepraszam - zawołała przerażona zanim zauważyła, że ów osobnik podnosi z ziemi okulary, które musiały mu spaść z nosa. - Leon co ty tu robisz? - spytała zaskoczona.
Młody mężczyzna podniósł wzrok.
- Szukałem Olivii, nie wiedziałem, że jesteś w środku - odparł chłodno - Mogę wejść?
- Oczywiście - odsunęła się by zrobić mu przejście - I tak już wychodzę.
Leon spojrzał na jej strój unosząc lekko brew, ale nie skomentował tego co widział.
- Mei! - znikąd zaraz po Leonie pojawił się drugi osobnik, którego dziewczyna nie miała ochoty widzieć. Akihiro uśmiechnął się wesoło.
- Ładny kolor - mruknął pod nosem zerkając na lśniący materiał, który odsłaniał zbyt dużo - Chodź szybko zanim Lin zmieni zdanie - spojrzał ukosem na Leona, który wyglądał jakby skamieniał ze złości.
- O mój kolega, który mnie tak mile potraktował w celi. Z przyjemnością bym uciął "miłą" pogawędkę, ale śpieszymy się. Pa! - uśmiechnął się najbardziej niewinnie jak tylko mógł i wyszedł ciągnąc za sobą Mei.
- To było wredne - zauważyła dziewczyna, gdy oddalili się na odpowiednią odległość.
- Nie myśl, że będę traktował go jak dziecko, które może robić co chce bez konsekwencji. Miał czelność mnie uderzyć. Jeszcze raz mnie zirytuje i zażądam satysfakcji. A wtedy żywy się nie uchowa - spojrzenie srebrno błękitnych oczu nabrało lodowatego wyrazu.
- Carewiczu, dałbyś sobie spokój - westchnęła Mei - Leon to głupek, ale zwykle bywa miły. I lubię go nawet. Za mało ludzi mnie lubi, abyś wszystkich pozabijał.
- Zastanowię się - mruknął w odpowiedzi jej towarzysz, ale niebezpieczny błysk zniknął z jego oczu.
- Wiesz co jak  wolę jak udajesz wesołego idiotę niż chłodnego wariata. Nie lubię się cały czas zastanawiać nad tym, czy będziesz chciał mi skręcić kark, czy nie. Wolałabym pozostać w niewiedzy.
- Nie żartuj. Nie zabiję cię dopóki jesteś mi potrzebna.
- Co? - jęknęła zrozpaczona dziewczyna - I za taką postawę nie lubię Błogosławionych. Nie traktuj mnie jak rzeczy, którą można wyrzucić.
- Oj nie masz poczuci humoru. Tylko tak sobie mówię - odparł lekko Aki, nie robiąc sobie nic z jej przerażenia.
- Jesteś okropny. Mówił ci to ktoś? - syknęła cicho, gdy natknęli się po drodze na strażników.
- Nie. Przyszły cesarz nie może sobie pozwolić na to, aby obrażali go zwykli ludzie. Wierz mi, jesteś całkiem fajna, ale dawno bym ci wyciął język za to ile razy mnie obraziłaś.
- Ja? Obraziłam? - prychnęła Mei - No nieważne. Nie chce zaczynać tego tematu. Byłbyś wdzięczny chociaż za to, że idę z tobą na kolację ubrana jak prostytutka.
- No chyba nigdy nie widziałaś prawdziwej dziwki. Choć w sumie patrząc na to jak strasznie wyglądają ludzie na Zachodzie w tych sztywnych, zakrywających od stóp do głów strojach, to mogę zrozumieć twoje zniesmaczenie.
Aby dotrzeć do właściwego pałacu księcia musieli przejść przez ogród. Na szczęście większość ludzi skończyła swą pracę i tylko strażnicy mogli zobaczyć parę przemykających się w ciemnościach postaci. Jednak mimo obaw Mei żaden nie zwracał na nią zbytniej uwagi. Najwidoczniej taki ubiór faktycznie był tu czymś normalnym.
Drzwi do komnat księcia pilnowali strażnicy ubrani w czarno czerwone uniformy. Każdy był przynajmniej o głowę wyższy i dwa razy szerszy niż potworzyca. Na szczęście nie zatrzymywali ich, tylko dwóch otworzyło ciężkie mahoniowe drzwi.
Aki wszedł pierwszy niemal wlokąc za sobą Przeklętą.
Oczom Mei ukazało się pyszne pomieszczenie, które niewątpliwie pełniło rolę bawialni. Na miękkim dywanie przy niskim stoliku siedział książę Lin i Caroline. Plecami do wejścia siedział również inny gość, którego w pierwszej chwili dziewczyna nie rozpoznała.
- Dobrze, że już jesteście - Lin skinął głowa na powitanie, kiedy oboje pochylili się w ukłonie - Usiądźcie proszę - mówił z wyraźną niechęcią jakby nie miał najmniejszej ochoty tu siedzieć. Caroline uśmiechnęła się blado do przyjaciółki, jakby była bardziej przerażona niż ona sama.
Mei poczuła się jeszcze gorzej niż wcześniej. Lin wyglądał naprawdę przerażająco z ponurym grymasem na twarzy.
- Usiądź koło mnie, Mei - Caroline spojrzała na potworzycę błagalnie - Dawno nie rozmawiałyśmy. Chciałabym nadrobić stracony czas.
Przeklęta opadła miękko na podłogę, a obok niej usiadł jej irytujący towarzysz. Ku jej zaskoczeniu jego dłoń zacisnęła się na chwilę na jej nadgarstku, jakby chciał by krzyknęła z bólu. Puścił jej rękę tak szybko jak złapał, zupełnie jakby chciał dać jej jakiś znak. Spojrzała na niego, ale on zignorował ją w milczeniu patrząc na siedzącego naprzeciwko młodego mężczyznę.
Podniosła wzrok lustrując osobnika wzrokiem. Kotara kasztanowych włosów zasłaniała oczy, ale ten uśmiech pamiętała doskonale. Gdy podniósł głowę rozbłysło pomarańczowe oko.
W jednej chwili wybaczyła Akihiro to, że prawie zmiażdżył jej nadgarstek. Jego ostrzeżenie sprawiło, że nie zerwała się na równe nogi i nie uciekła jak najdalej od tego człowieka.
Shi-ne uśmiechnął się kpiąco.
- Jak miło cię widzieć, Mei - syknął.

Nie możesz dodać komentarza.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować ten wpis.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego
  •  
     
    Co ty gadasz, kobieto?! Seiti ma rację, marudzisz. Jeśli ktoś ma prawdziwe problemy z weną to ja. Od dwóch dni ani jednej linijki, ani jednego słowa. I co ja nieszczęsna, mam teraz począć?! Na opowiadania świąteczne nie patrz, bo było pisane już wcześniej. Ale teraz? Absolutnie żadnych nowych pomysłów, żadnego natchnienia, nic!
     
  •  
     
    Marudzisz. Serio marudzisz.